"Nie cierpię swojej matki! Udaje moją koleżankę i ciągle mnie krytykuje"
Fot. 123rf.com

"Nie cierpię swojej matki! Udaje moją koleżankę i ciągle mnie krytykuje"

"Matka mną zainteresowała się gdy skończyłam szesnaście lat. Zaczęła zabierać mnie na zakupy, do fryzjera. Kupowała mi kopie swoich ciuchów i paradowałyśmy potem ubrane jak bliźniaczki. Zresztą nie pozwalała mi mówić do siebie „mamo”, „Ewa” albo bezosobowo – to było do przyjęcia. Ciągle krytykowała mój wygląd, chłopaków, styl życia. A ja nie chciałam być taka, jak ona" - Kamila, 33 lata. 

Mama biegała między wieszakami tak zaaferowana, jakby kupowała suknię dla siebie. Ja stałam z boku ze sceptyczną miną. – Ta będzie ładna, zobacz – pokazała mi wielką, jasną górę jedwabiu. Każde jej słowo tak cholernie mnie irytowało! I to jej zaangażowanie w moje sprawy! Marzyłam o tym, żeby wreszcie pożyć własnym życiem. Ale nie dawała mi szans.

Mamę słabo pamiętam z dziecięcych lat

– No dobrze, widzę, że nie jesteś w nastroju do mierzenia... To chodźmy coś zjeść – zaproponowała i pociągnęła mnie za ramię. Usiadłyśmy i kiedy kelner podał karty, matka zaczęła go kokietować. Wczytałam się w listę dań. – Moja droga, ty to chyba powinnaś zamówić sałatkę – matka rzuciła mi wymowne spojrzenie. – Zauważyłam, że trochę ci przybyło tu i ówdzie...

Zacisnęłam zęby. Ale ona nie zamierzała kończyć tak pasjonującego tematu. – Jestem tyle lat starsza, a wyglądam lepiej od ciebie! – ciągnęła swój ulubiony wątek.

Urodziła mnie, kiedy miała osiemnaście lat. Jej rodzice, a moi dziadkowie, byli zamożni, więc utrzymywali nas. Za to mój ojciec nie mógł zapewnić matce życia na poziomie, do jakiego przywykła, więc go zostawiła. Kiedy byłam dzieckiem, zajmowała się mną babcia.

Mamę słabo pamiętam z tamtych lat: mocny zapach perfum, błyszczącą biżuterię, perlisty śmiech. Nie miała głowy do pieluch i seplenienia – tak mówiła. Spotykała się z różnymi mężczyznami, poznawałam „wujków”, ale nim zdążyłam zapamiętać ich imiona, znikali. Od czasu do czasu łapała dorywcze zajęcia, ale, jak powtarzała „do pracy jej Bóg nie stworzył”. I bez skrupułów brała kasę od dziadków.

Mną zainteresowała się gdy skończyłam szesnaście lat. Zaczęła zabierać mnie na zakupy, do fryzjera. Kupowała mi kopie swoich ciuchów i paradowałyśmy potem ubrane jak bliźniaczki. Zresztą nie pozwalała mi mówić do siebie „mamo”, „Ewa” albo bezosobowo – to było do przyjęcia. Kiedy zdałam na administrację, matka była wniebowzięta.

Matka zachowywała się bardziej jak moja przyjaciółka

– Nie miałam czasu na studia, a teraz przekonam się, jak to jest! – rzuciła. Cóż, dziwnie wyobrażała sobie studiowanie... Gdy odwiedzali mnie znajomi, wpraszała się na nasze posiadówki. Przynosiła alkohol i polewała hojnie. Żartowała, mówiła naszym językiem, przeklinała. – Ale masz fajną mamę! – rzuciła kiedyś jedna z koleżanek. – Moja jest nudna, tylko sprząta i robi pierogi! – dodała.

A ja uświadomiłam sobie, że matka nigdy nic mi nie ugotowała. Mieszkałyśmy u dziadków i o nic nie musiałyśmy się martwić. Kuchnią zajmowała się babcia. Któregoś dnia malowałam się przed lustrem. Matka stanęła obok. – Wychodzisz? – zapytała. – Aha – przytaknęłam. – A dokąd? – Na imprezę do Kaśki. – I kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? – spytała, a ja zerknęłam na nią zdziwiona. Czyżby zamierzała palnąć mi dydaktyczną mówkę? Przeceniłam ją. – Daj mi minutkę – rzuciła wesoło i zniknęła w pokoju.

Po chwili wyszła, odsztafirowana jak modelka. Ubrała się w obcisłe dżinsy biodrówki, krótki top i buty na obcasie. Ja, w T-shircie i spodniach wyglądałam przy niej jak mysz. Nie zaprotestowałam wtedy, nie odważyłam się. Poszłam na imprezę z rodzoną matką. Oczywiście niektórzy znajomi nie wierzyli, że to moja mama. Bo ona musiała bawić się najlepiej ze wszystkich, najwięcej tańczyć, najwięcej pić.

– No? Która z nas ładniejsza? – spytała w pewnej chwili, stając obok mnie. Koledzy roześmiali się, ktoś zmienił temat, ale matka nie żartowała. Była podpita i nie zamierzała odpuścić. – No? – powtórzyła. – Ja czy Kamila? Na szczęście jeden z moich kolegów poprosił ją do tańca i sytuacja jakoś się rozładowała. Ale Kaśka, moja koleżanka, zerkała na mnie dziwnie.

– Przepraszam, Kama – powiedziała. – Ja nie wiedziałam... Myślałam, że to takie fajne, mieć mamę-przyjaciółkę... Wzruszyłam ramionami, zmieniłam temat. Potem jakoś udało mi się wyciągnąć mamę do domu. To było okropne: ona się upiła, ja ją prowadziłam...

Moja matka wdzięczyła się nawet do mojego narzeczonego

W ogóle często miałam wrażenie, że to ja prowadzę ją przez życie, że jestem tą bardziej dorosłą i odpowiedzialną. Skończyłam studia, znalazłam pracę w biurze. Matka mówiła, że na własne życzenie robię z siebie nudną gęś, ale puszczałam te uwagi mimo uszu. Chciałam płacić za siebie, nie prosić o pieniądze dziadków. Żyć inaczej niż matka.

Czasem wyrzucałam sobie, że przesadzam. Że jestem niesprawiedliwa. Ale jak miałam rozumieć jej dziwne zachowanie w stosunku do mojego narzeczonego? Wcześniej krytykowała moich chłopaków: a to byli jej zdaniem pryszczaci, a to głupi. A gdy Michał do nas przychodził, akurat przypadkowo musiała paradować w krótkiej podomce...

Siadywała z nim w dużym pokoju i zawłaszczała go. Paplała jak najęta, radziła się go odnośnie kupna komórki, obsługi telewizora i mikrofalówki... Kiedyś Michał zabrał mnie na weekend w góry. Prawdę mówiąc, nie wierzyłam, że uda nam się wyjechać tylko we dwójkę. Przez całą podróż drżałam, że na dworcu w Krynicy zobaczę matkę. Na szczęście spędziliśmy razem cały weekend.

Przyznam szczerze, że kiedy wieczorem Michał wręczył mi zaręczynowy pierścionek, pierwszą myślą, jaka mi przyszła do głowy było to, że wreszcie uwolnię się od matki. Dopiero potem przyszła radość. Po powrocie do domu powiedziałam o wszystkim rodzinie. Dziadkowie byli naprawdę wzruszeni, matka tylko prychnęła.

Nie chciałam z nią chodzić na zakupy przez jej ciągłe uwagi

– Chcesz się pchać w nudne życie u boku zwykłego inżynierka, proszę bardzo – rzuciła złośliwie. Potem jednak zaczęła mi znosić katalogi sukien, adresy fryzjerów, makijażystek. I zarządziła te nieszczęsne zakupy. Dla mnie łażenie z nią po sklepach było katorgą. I jeszcze te jej nieustające uwagi na temat mojej rzekomej nadwagi i fatalnej cery! Ja wracałam z wycieczki po salonach ślubnych wściekła, ona – wniebowzięta.

– Chcę sama wybrać suknię – ośmieliłam się wreszcie powiedzieć. – Co? – uniosła brwi. – Przecież ty nie masz gustu. – Kaśka mi pomoże. – Żartujesz! – żachnęła się. – A co ta dziewucha wie o elegancji? – Elegancji? – wzruszyłam ramionami. – I kto to mówi! Masz prawie pięćdziesiąt lat i wiecznie chodzisz z odsłoniętym pępkiem! – Zamknij się! – syknęła.

Po chwili jednak się uspokoiła. – No, już nie histeryzuj. Idź z tą swoją Kaśką na zakupy. Żadna strata, w końcu i tak ja będę druhną. Mogłam się spodziewać... – Moją druhną będzie Kaśka – powiedziałam stanowczo. – Bzdura – znów podniosła głos. – Przecież to oczywiste, że ja... – Oczywiste? – przerwałam jej. – Jesteś moją matką, jak to sobie wyobrażasz? – Zwyczajnie. Jesteśmy przyjaciółkami... – zaczęła, ale ja nie wytrzymałam.

– Nie! Ja chcę, żebyś była moją matką, nie koleżanką, nie rozumiesz? Całe życie udajesz, że jesteśmy równolatkami! – zaczęłam krzyczeć. – Mam dość! Poza tym, co z ciebie za przyjaciółka, ciągle tylko dogadujesz i krytykujesz! Przez chwilę milczała. – Bo wyglądam lepiej niż ty i ta cała Kaśka razem wzięte! – warknęła i wyszła, trzaskając drzwiami. Super. Jak zwykle nic nie zrozumiała. Albo nie chciała rozumieć.

Na moim ślubie matka wyglądała jak panna młoda

Od tamtej pory przestała się wtrącać w przygotowania do ślubu. No tak, naiwna byłam. Liczyłam na to, że w tak ważnej dla mnie chwili jak ślub matka jakoś się zachowa. Ale to, co ona mi zafundowała... Rano byłam u fryzjerki. Wróciłam do domu koło południa, w upiętym już welonie. Matka zerknęła na mnie. – Jaki pretensjonalny kok! – prychnęła. – No, ja też lecę się uczesać. Wyszła, a ja odetchnęłam.

Zobaczyłam ją dopiero pod kościołem. I osłupiałam. Miała na sobie jasną, koronkową, długą suknię z odkrytymi plecami... To ona wyglądała jak panna młoda! Potem było jeszcze gorzej. Pomijam już to, że nie dała nam nawet głupiego kwiatka i nie złożyła życzeń. Ale musiała bawić się najlepiej, śpiewać najgłośniej, tańczyć ze wszystkimi mężczyznami, klejąc się do nich...

O północy to ona złapała welon i paradowała w nim z dumą. Nie omieszkała kilka razy rzucić głośno: – No, teraz przynajmniej ten welon trafił do kogoś, kto umie go nosić! Rodzina Michała zerkała na mnie dziwnie. Ja uśmiechałam się sztucznie i marzyłam, by ten wieczór wreszcie się skończył. Michał i ja wyszliśmy z wesela po drugiej, matka podobno została do szóstej rano. Wyszła z jednym z członków zespołu...

Nie wierzyłam własnym uszom. Moja matka nie miała uczuć!

Zamieszkałam u męża i zajęłam się małżeńskim życiem. Ale matka nie dawała o sobie zapomnieć. Chyba nudziła się beze mnie, więc wpadała w odwiedziny tak często, jak miała ochotę. Krytykowała wszystko: mieszkanie, meble, filiżanki... Kiedyś umówiłam się z nią w kawiarni – miałam ważną nowinę. – Jestem w ciąży – powiedziałam, łudząc się, że ona raz w życiu zareaguje tak, jak powinna. – Tak szybko ? – uniosła brwi. – Mam trzydzieści dwa lata – wzruszyłam ramionami. – No tak – kiwnęła głową. – Musisz uważać, żeby się nie roztyć. Już zresztą masz wałki na biodrach.

Nie wierzyłam własnym uszom. Ta kobieta nie miała uczuć! Ni stąd ni zowąd zaczęła opowiadać o sobie. O tym, że musi kupić spodnie, pójść do kosmetyczki... – Przestań! – rzuciłam nagle. Matka zmarszczyła brwi. – Nie słyszałaś, co mówiłam? – spytałam. – Będę miała dziecko! Nic, żadnej reakcji, tylko wzruszyła ramionami.

Wstałam. – Dokąd idziesz? – zdziwiła się. – Wychodzę. Mam cię dość! – Jak śmiesz?! – wrzasnęła. – Razi cię to? – spytałam spokojnie. – Tak! Bo jestem twoją matką! – I nagle to sobie uświadomiłaś? Ruszyłam do drzwi. Matka rzuciła pieniądze na stół i wyszła za mną. – Pchasz się w pieluchy, w gary, zniszczysz sobie życie – wyliczała. – A ja ci zniszczyłam życie? – zapytałam cicho. Uciekła wzrokiem. No tak, czego mogłam się spodziewać...

– Zadzwoń do mnie, jak dorośniesz! – powiedziałam i odwróciłam się na pięcie. Miałam nadzieję, że mnie zatrzyma. Gdzie tam. Kiedy się obejrzałam, już jej nie było. Nie widziałyśmy się od tamtej pory. Trudno. Mam nadzieję, że choć nie dorosła do roli matki, kiedyś dojrzeje do tego, by być fajną babcią. I wiem jedno. Na pewno będę inną mamą niż ona.

Czytaj więcej