Mój mąż upozorował własną śmierć. Do dziś nie mogę zapomnieć słów z jego pożegnalnego listu
Mąż zostawił mi pożegnalny list, w którym zasugerował, że wybrał śmierć...
Fot. 123RF

Mój mąż upozorował własną śmierć. Do dziś nie mogę zapomnieć słów z jego pożegnalnego listu

"Pewnego dnia Kamil zniknął z mojego życia. Zostawił tylko list, w którym napisał, że postanowił wybrać inny świat. Odnalazłam go dopiero po dziesięciu latach i nie czułam chyba nic, z wyjątkiem obrzydzenia"  wspomina Halina.

Tamten dzień wrył mi się w pamięć jak żaden inny. Wróciłam z pracy. Po drodze zrobiłam niezbędne zakupy. Niezbędne, bo brakowało nam pieniędzy na wszystko. Z czterech jajek próbowałam wyczarować coś na obiad dla dwojga, bo Ida, nasza córka, jadała w przedszkolu. Miały być omlety. Zaczynałam właśnie gotować, gdy zobaczyłam opartą o solniczkę kopertę z moim imieniem. „Kamil pewnie później wróci!”, pomyślałam sobie. Wytarłam ręce i otworzyłam list...

Napisał, że ma dosyć naszego życia

Do dzisiaj pamiętam każde słowo tego listu : „Żegnaj, Halina! Mam dość takiego życia! Wybrałem ten drugi świat! Nie myśl o mnie źle, nawet jeżeli Cię zawiodłem!” . Wtedy nie zrozumiałam ani słowa. Co to znaczy, że miał dosyć „takiego życia”. Jakiego niby? Biednego, to prawda, ale przecież kochaliśmy się, byliśmy razem z własnego wyboru, mieliśmy córeczkę...

Biegnąc po Idę wciąż myślałam, że to jakiś makabryczny żart, że wszystko się wyjaśni. Kamil miał ją odebrać, więc pewnie dziecka nie będzie już w przedszkolu... Niestety, było. Kiedy je zobaczyłam, poczułam nagle tępe ukłucie w piersiach. Tak zaczęły się koszmarne dni wyczekiwania. Zawiadomiłam rodzinę, dałam znać na milicję. Całymi wieczorami tkwiłam w oknie, patrzyłam na ulicę... Każdy dzwonek do drzwi przyjmowałam z biciem serca: jest, wrócił! Wreszcie po miesiącu takiej szarpaniny zostałam wezwana na milicję, żeby zidentyfikować zwłoki... Nigdy nie zapomnę tej makabry... Rozkładające się ciało topielca, paskudny fetor... Zemdlałam, nim zdążyłam spojrzeć. Rozpoznałam tylko jego sweter... Brudny był, zszargany, bo leżał w krzakach przez jakiś czas, ale poznałam natychmiast. Sama go dziergałam na drutach. Przy pozostałej garderobie nie miałam już takiej pewności...

– Kochanie, musisz się pogodzić z myślą, że jego już nie ma wśród żywych – tłumaczyła mi mama. – Nie potrafię ci pomóc – rozkładała ręce. Za to teściowa wiedziała, dlaczego Kamil odszedł. Oczywiście, całą winą obarczyła mnie.

Owszem, nie było różowo, ale kochałam go

– On kochał wolność, a ty go usidliłaś! Przecież on był jeszcze za młody do małżeństwa. Gdyby został przy mnie... gdyby został... „Gdyby został przy mamie, byłby już starym kawalerem”, pomyślałam sobie. Kamil, żeniąc się ze mną, miał trzydzieści cztery lata. Nie sądzę, abym go więziła. Po prostu samo małżeństwo jest już ograniczeniem wolności. Człowiek musi myśleć za dwoje, potem za troje, musi zabiegać, pracować, gromadzić... Kamil nie był do tego przyzwyczajony. Póki siedział w domu, matka myślała o wszystkim, żądając w zamian jedynie posłuszeństwa. To ona wybrała mu zawód i załatwiła pracę. Kamil zbuntował się dopiero, gdy mnie poznał. Stąd brała się niechęć teściowej do mnie.

A ja go kochałam. Za delikatność, za czarny wicherek nad czołem i niesymetryczne brwi... za wszystko. Był starszy ode mnie o dziesięć lat, bardziej doświadczony... tak przynajmniej myślałam. W miarę wspólnego życia trochę mnie rozczarował. Ale jego wady kładłam na karb wychowania. Nie był przyzwyczajony nawet do sprzątania po sobie. Poza tym, mieszkanie w starym domu bez kanalizacji nie należy do najłatwiejszych, a mój mąż do pomocy się nie kwapił. – Nie rozumiem, dlaczego się uparłaś, żebyśmy żyli w tej norze!? Przecież moja mama chciała nam oddać jeden pokój – wypominał mi często z wyrzutem.

Kamil narzekał, chociaż nie był za bardzo obciążony. Wszystkie ważne, życiowe problemy były na mojej głowie. Te drobne też. To ja musiałam rąbać drewno, nosić węgiel i wodę, sprzątać, gotować i prać. Oczywiście cały czas pracowałam zawodowo... tyle tylko, że nie rozwijałam się, nie awansowałam, bo brakowało mi sił i czasu. Zarabiałam mało, ale często były to jedyne pieniądze jakimi dysponowaliśmy.

Kamil niby też pracował... Ale zmieniał zakłady pracy jak rękawiczki. Wszędzie mu było źle. – Ten lewus, Waldek został majstrem. Dlaczego nie ja? Jak ja mogę słuchać poleceń człowieka, którego lekceważę!? – byliśmy rok po ślubie, niedługo miało się urodzić nasze dziecko, a Kamil zdążył już ze cztery razy zmienić pracę. – Odchodzę z fabryki! – oznajmiał z dumą. – Może i masz rację – odpowiadałam przez zaciśnięte gardło. Bałam się o naszą przyszłość, ale przecież kochałam Kamila takim, jaki był...

Trudna sytuacja mobilizowała mnie do działania

Kiedy urodziła się Ida, trzeba było prać pieluszki i palić pod kuchnią, a mój Kamil chodził tylko i narzekał. Choć „troszczył” się o małą, bo gdy tylko złapał grypę, przeniósł się do mamy, żeby „nie rozsiewać zarazków”. Wybieg był tak czytelny, że nawet teściowa nie miała wątpliwości, o co chodzi. Muszę przyznać, że zachowała się w porządku. Wyleczyła syna i odesłała do domu.

Przyszli we dwoje. – Halina, powiedz mamie, że nie muszę tu siedzieć z tobą. Nie ma sensu żebyśmy oboje się męczyli i nie spali po nocach. Ktoś musi na ten dom zarobić, a jak mam pracować, jeśli padam ze zmęczenia? Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że poślubiłam egoistę...

– Ale przecież ty jesteś nam potrzebny! – powiedziałam z wyrzutem. – I ja tak uważam – poparła mnie teściowa. – Zachciało ci się domu i rodziny, to sprawdzaj się jako mąż i ojciec! Cóż miał robić biedny Kamil? Próbował wziąć się z życiem za bary... i nawet specjalnie nie narzekał.

Z każdym rokiem Kamil robił się tylko coraz smutniejszy. W domu wciąż wszystkiego brakowało, żyliśmy skromnie, z dnia na dzień bez żadnych oszczędności. Gdyby coś się wydarzyło, groziła nam już nie bieda, lecz nędza. Mnie taka sytuacja mobilizowała do działania, robiłam wszystko, żeby się nie dać, nie zginąć. 

Mój mąż roszczenia miał duże, choć umiejętności chyba mniej niż średnie. To nie było miłe odkrycie, jednak pogodziłam się z nim dość szybko. Sama byłam wystarczająco zaradna, wierzyłam, że jak odchowamy dziecko, to namówię go na jakiś interes. Miałam nawet kilka pomysłów...

– Halinko, czy moglibyście oddać mi wreszcie ten dług? – spytała mnie któregoś dnia teściowa. Przetarłam oczy. Nie miałam pojęcia, że pożyczaliśmy od teściowej jakieś pieniądze! Okazało się, że Kamil kilka razy pożyczał. Dług urósł do kwoty, której nie byłam w stanie jednorazowo spłacić. Najgorsze było to, że ja tych pieniędzy na oczy nie widziałam.

Kamil w końcu przyznał, że wziął od matki „parę groszy” na swoje wydatki. – To oddawaj ze swoich dochodów! – Znasz moje dochody! – oburzył się. – Ale nie znam wydatków. To była nasza pierwsza, poważna sprzeczka. Pieniądze oddaliśmy co do grosza.

– Od tej chwili, mamo, każda pożyczka jest sprawą między tobą i Kamilem – rzuciłam. – Sam sobie taki los wybrałeś, synku! Muszę przyznać rację Halinie... więcej na mnie nie licz! – teściowa rozłożyła ręce. Ale mimo to nie przestała wspierać syna i użalać się nad jego losem.

W domu zostawił pożegnalny list a w krzakach sweter

Krótko potem Kamil zniknął z naszego życia. W domu zostawił pożegnalny list, a w krzakach sweter, który mu wydziergałam. To był przypadek, że sweter znaleziono niedaleko ubrań topielca. Dowiedziałam się o tym później, kiedy milicja ustaliła nazwisko denata. Kamil przepadł. Wszystko wskazywało na to, że nie żyje z wyjątkiem... braku zwłok.

Nie było nieboszczyka, więc nie byłam wdową. Mężatką też nie. Kim więc byłam? Na pewno jednym wielkim kłębkiem nerwów. Wciąż czekałam: na jakiś list od niego, wiadomość... Ale rozpacz nie może trwać wiecznie. Dotarło do mnie wreszcie, że mam na utrzymaniu dziecko, a sama też nie jestem stara, przekroczyłam ledwie trzydziestkę.

Zaczęłam powoli stawać na nogi

Przeniosłam się z Idą do mojej mamy, do mieszkania w bloku. Mama opiekowała się dzieckiem, więc mogłam zająć się realizacją własnych pomysłów. Zaciągnęłam pożyczkę w banku i ruszyłam ze skromną hurtownią materiałów budowlanych. Znałam się na tym, bo z zawodu byłam technikiem budowlanym. Nie wiem, czy miałam szczęście, czy pomysł był na czasie, dość że po dwóch latach rozbudowałam hurtownię i założyłam dwa sklepy z akcesoriami łazienkowymi.

W ciągu pięciu lat stanęłam na nogi. Ale na tym nie poprzestałam, uczyłam się ekonomii i praw rynku, obracałam kapitałem, stworzyłam własne przedsiębiorstwo remontowo-budowlane, zatrudniłam ludzi... Przeniosłyśmy się z mamą i Idą do nowego mieszkania, jeździłam porządnym samochodem i bez najmniejszego wysiłku stać mnie było na zagraniczne wczasy.

– Jaka szkoda, że biedny Kamilek nie doczekał tych czasów! – wzdychała czasem teściowa. – On był stworzony do luksusów...

W końcu zaczęło do mnie docierać, że on żyje

Z czasem malała moja czułość dla „biednego Kamila”. Wciąż byłam ni wdową, ni mężatką, ale już docierały do mnie wieści, że on żyje. Początkowo były to luźne informacje, których nie dało się sprawdzić. Ktoś widział w innym mieście człowieka bardzo podobnego, ktoś inny natknął się na nazwisko. Próby sprawdzenia i ustalenia konkretów spalały na panewce.

– Daj spokój, Halinko! Chyba nie chcesz, żeby do ciebie wrócił? Po co on ci potrzebny? – dziwiła się moja mama. Właściwie po nic. Gardziłam człowiekiem, który dla własnej wygody zostawił córkę, żonę i matkę na pastwę losu. Kamil nie był mi już do niczego potrzebny, z wyjątkiem rozwodu.

Odkąd poznałam Marcina, mojego wspólnika w interesach, coraz częściej myślałam o ponownym ułożeniu sobie życia. Łączyło nas przecież dojrzałe uczucie. Sprawdził się jako prawdziwy przyjaciel i moja podpora... nie tylko w pracy. Poza tym mieliśmy już błogosławieństwo mojej matki i córki... ale wciąż nie mogliśmy się pobrać, bo nie miałam rozwodu.
– Halina, ty chyba nie myślisz o ponownym zamążpójściu? – pytała trwożliwie teściowa. Odkąd Kamil odszedł, jego matka nie zdjęła żałoby. Ona jedna nie wierzyła, że jej syn po prostu uciekł. Odwiedzałam ją regularnie z córką, pomagałam finansowo. Teściowa nie przepadała za mną, ja za nią, ale to nie zmieniało faktu, że była babcią mojej Idy.

– Mamo, czy ja nie mam prawa do szczęścia? – pytałam. – No a gdyby się okazało, że Kamilek jednak żyje... Sama mi to przecież wmawiasz. To co wtedy? – To wreszcie rozwiodę się z nim, mamo, i w obliczu prawa będę wolną kobietą.

Kamila rozpoznała moja przyjaciółka

W niejasnych sytuacjach, a ja w takiej się znalazłam, prawo jest wyjątkowo bezsilne. Mój adwokat nieźle się przy mnie dorobił, jednak nie on odnalazł Kamila. Rozpoznała go moja przyjaciółka, będąc u rodziny na drugim końcu Polski. Potem jeszcze trochę czasu zajęło mi ustalenie dokładnego adresu. Okazało się, że od kilku lat Kamil ma nową rodzinę. Mieszka w konkubinacie, dorobił się trójki dzieci i chyba niczego więcej.

Następnego dnia byliśmy umówieni o jedenastej w recepcji hotelu, w którym się zatrzymałam. Czekałam ponad godzinę, ale się nie doczekałam. Na szczęście miałam adres, więc pojechałam na przedmieście. Ulica była jeszcze brzydsza niż ta, na której kiedyś mieszkaliśmy. Dom wprawdzie był murowany, ale w stanie zupełnego rozkładu. Drzwi otworzyła dziewczynka z czarnym wicherkiem nad czołem. Mała przywołała matkę.

– Ma pani! – tęga, młoda jeszcze kobieta, podała mi otwartą kopertę. – Tylko na tyle go stać! Ręka mi zadrżała, gdy wyjmowałam z koperty kartkę zabazgraną ołówkiem: „Życie obeszło się ze mną brutalnie! Odchodzę! Poproście Halinę, pomoże wam i nie da nikomu skrzywdzić sióstr własnej córki!”. Nie wierzyłam, że próbuje tego samego manewru...
– Jak pani myśli, gdzie on teraz może być? – spytałam rzeczowo.
– Cholera go wi! Obwiesił, albo utopił!
– Pytam, gdzie się mógł schować. Że żyje, to pewne. Samobójstwo wymaga odwagi, a Emil jest tchórzem – nie ustępowałam.
– Całą noc tłukł się po domu, a rano wybiegł, nawet kurtki nie włożył.
– Bez kurtki daleko nie zaszedł. Niech pani pomyśli...? Macie jakichś znajomych?
– Nikogo... – odparła z wahaniem.
– Przecież jest u cioci Justynki! Zapomniałaś? – krzyknęła nagle dziewuszka. Zasłoniłam małą, nim zdenerwowana matka zdążyła dać dziecku klapsa.
– Wiesz, gdzie to jest, maleńka? Zaprowadzisz mnie? – spytałam łagodnym głosem. Nie wyszłyśmy od razu. Sporo czasu minęło, nim zdołałam wyjaśnić kobiecinie, że źle sobie wykombinowali z tą pomocą.
– To on wymyślił! – przyznała niechętnie. Powiedział, że pani to teraz opływa w dostatki... I nic się nie stanie, jeśli nam pani trochę pomoże w potrzebie... – wyznała nagle z rozbrajającą szczerością.

Gardzę nim!

Dwa domy dalej, w całkiem podobnej ruderze, zastałam Kamila.  Był bardzo zaniedbany i wyglądał jakoś staro.
– To o czym chciałaś rozmawiać? – spytał obojętnym głosem.
– Nie widać po tobie, żebyś się dorobił – zauważyłam, ignorując jego pytanie.
– Ty za to kwitniesz...
– Nie narzekam. Odkąd uciekłeś z domu, życie obchodzi się ze mną nadzwyczaj łaskawie. A tobie jak się wiedzie?
– Fatalnie. Wy wszystkie, kobiety jesteście takie same... Nie potraficie zrozumieć potrzeb prawdziwego mężczyzny...
– O, z pewnością! Ale nie po to cię szukałam, żeby dyskutować o twoich „potrzebach”. Chcę się od ciebie uwolnić. Wystąpiłam o rozwód. Dziesięć lat za późno, ale jak wiesz, nie z mojej winy.
– To kosztuje, a ja nie śpię na pieniądzach.
– Twoja sprawa – ucięłam krótko.
– Tak tylko mówię – wyjaśnił. – Na alimenty też nie licz... Mam kobietę i troje dzieci na utrzymaniu i jestem bez pracy... Czego ty właściwie chcesz ode mnie?
– Chcę mieć na piśmie, że nie wywiniesz mi w sądzie żadnego numeru. Nasz rozwód jest formalnością. Przyznasz, że porzuciłeś mnie dziesięć lat temu, założyłeś drugą rodzinę, masz troje dzieci i nie zamierzasz do mnie wracać.
– Na piśmie, mówisz! Czemu nie – powiedział zrezygnowanym tonem.

Z rosnącym obrzydzeniem patrzyłam na mężczyznę, który dziesięć lat temu był dla mnie najważniejszy. Bez słowa położyłam przed nim kartkę i długopis, a potem podyktowałam tekst, na którym mi zależało. Bez słowa napisał wszystko do ostatniej kropki. Bez słowa wyszłam z obskurnego pokoju i domu. Wszystkie złe myśli, które gromadziłam latami, pozostały we mnie. Nie miałam komu ich powierzyć. Przeznaczone były dla Kamila, ale przecież to małe, nieodpowiedzialne zero, ten egoista nie zrozumiałby nic... zupełnie nic. Wychodząc, nie podałam mu nawet ręki. 

Czytaj więcej