"Moja suczka straciła szczeniaki, a ja czułam się winna tej tragedii"
Kora straciła szczeniaki i bardzo cierpiała.
Fot. 123RF

"Moja suczka straciła szczeniaki, a ja czułam się winna tej tragedii"

"Nie wiedziałam, że Kora się oszczeniła. O tym, że kuzyn zabrał i utopił szczeniaki, dowiedziałam się dopiero od dziadka, który sam był tym oburzony. Biedna sunia z żalu przestała jeść. Było z nią naprawdę kiepsko, aż pewnego dnia, na spacerze, znalazła osierocone małe zajączki... To, co się stało potem, wprawiło mnie w osłupienie!" Ilona, 24 lata.

To był pierwszy tak długi spacer Kory. Uznałam, że przechadzka dobrze jej zrobi, bo po stracie szczeniąt wciąż leżała w legowisku, jadła jedynie, kiedy karmiłam ją z ręki i długo prosiłam.

Kora straciła szczeniaki, a ja czułam się winna

– Czy pies może mieć depresję? – zapytałam weterynarza, kiedy dwa dni wcześniej poszłam z Korą na wizytę. – Ostatnio się oszczeniła, ale maluchy nie przeżyły. To możliwe, że jest w żałobie? Psy tak mają? Lekarz zbadał moją sunię, stwierdził, że jej gruczoły nadal produkują mleko, bo organizm nastawiony jest na karmienie szczeniąt. Jej apatię uznał za naturalną i sprzedał jedynie jakiś syrop na wzmożenie apetytu. Zapytał jeszcze, jak to się stało, że straciła dzieci. Nie lubiłam o tym opowiadać. Wciąż czułam się winna, że doszło do tej tragedii. Za długo zwlekałam z zabraniem Kory od moich dziadków, no i skończyło się to psim dramatem.

Psy na wsi żyją inaczej

Moi dziadkowie to złoci ludzie i bardzo ich kocham, ale podejście do zwierząt mają takie, jakie było powszechne jeszcze trzydzieści czy pięćdziesiąt lat temu. I niestety, nadal w wielu miejscach tak jest... Dziadkowie psy mieli od zawsze, bo wiadomo, pies i zaszczeka, jak ktoś się zakręci koło furtki, i złodzieja odstraszy. A poza tym, wszyscy we wsi mają psy i jak się komuś suka oszczeni, to pyta, czy ktoś nie chce szczeniaka. Moim wielkim sukcesem było przekonanie babci, żeby jej poprzedni pies, wielki i kudłaty Momo, mógł chodzić bez łańcucha. Sama zakupiłam i przywiozłam siatkę na kojec, wygrodziłam jak największy teren i z pomocą mojego ówczesnego chłopaka zorganizowałam Momo całkiem godne warunki do życia. Ale żaden pies nie żyje wiecznie. Kilka lat później wielkiego kudłacza Momo zastąpiła mała suczka, której dałam na imię Kora. 

Zawsze dbałam o Korę, ale...

Regularnie kupowałam dla Kory dobrą jakościowo karmę w sklepie internetowym, którą dostarczano na adres dziadków. Babcia bardzo lubiła sunię. Traktowała ją dobrze, głaskała, dbała, żeby zawsze miała pełną miskę i świeżą wodę do picia, ale nie mieściło jej się w głowie, żeby psa można było wpuścić do domu. Niestety, babcia poważnie zachorowała i musiała iść na jakiś czas do szpitala. Dziadek, który przez całe życie wchodził do kuchni wyłącznie po to, żeby odpalić papierosa od włączonego palnika na kuchence gazowej, nagle przestał sobie radzić. Zajął się nim mój kuzyn.

Maciek twierdził, że żeby zaopiekować się dziadkiem, gotować mu, opierać go i pilnować, by brał leki, musi razem ze swoją żoną wprowadzić się domu dziadków. Moim zdaniem chodziło im o to, żeby urobić dziadka, a potem babcię, i odziedziczyć po nich ten dom. A było na co się łakomić, bo dom był duży, zadbany, z pięknym sadem. Jednak nie drążyłam tematu. Mnie było na rękę, że zajęli się dziadkiem. Ja byłam w mieście i jeździłam doglądać babcię w szpitalu. To między innymi dlatego tak długo zwlekałam z wzięciem Kory do siebie. Po prostu byłam zbyt zaganiana między pracą, dodatkowymi kursami zawodowymi a jeżdżeniem do szpitala. O tym, że Kora podkopała ogrodzenie i uciekła, nie miałam pojęcia, dopiero kuzyn mi o tym powiedział.
– Uciekała, no i wróciła w ciąży – prychnął poirytowany.

Kuzyn utopił szczeniaczki Kory!

Byłam wściekła na siebie, bo zamierzałam zawieźć sunię na sterylizację. Ale było tyle innych, ważniejszych rzeczy, a do tego miałam złudne poczucie, że przecież jest odizolowana od innych psów, więc nie ma możliwości, żeby zaszła w ciążę. Nie wiedziałam, że Kora się oszczeniła. O tym, że Maciek zabrał i utopił szczeniaki, dowiedziałam się dopiero od dziadka, który sam był tym oburzony.
– Przecież byśmy rozdali! – denerwował się. – U nas nie raz psy, koty się rodziły, ale nigdy ich nie topiłem! Nigdy! Pamiętasz, Ilusia, ile razy u nas ze szczeniaczkami albo kotkami się bawiłaś? Maciek nawet mnie nie pytał, co zrobić ze szczeniakami! On mi się tu rządzi, jakby już na gospodarstwie siedział. Ja we własnym domu o niczym nie decyduję! – tłumaczył.

Moja reakcja była natychmiastowa. Wskoczyłam w pociąg i pojechałam do dziadka. Jadąc, układałam sobie w głowie, co powiem Maćkowi. Chciałam na niego nawrzeszczeć, zwyzywać od psychopatów i zwyrodnialców! Ale nie miałam okazji, bo jego i jego żony akurat nie było w domu, kiedy zjawiłam się u dziadka. Pojechali do miasta, staruszek był sam. Gdy się rozejrzałam, zobaczyłam, że lodówka jest pełna, na stole stał talerz z kanapkami owinięty folią, dziadzio miał czyste ubranie i był ogolony. I zrozumiałam, że nie mam prawa wściekać się na Maćka. Opiekował się dobrze naszym dziadkiem, a że bez mrugnięcia okiem uśmiercił szczeniaki Kory... Cóż, musiałam wziąć część winy na siebie, bo jej nie wysterylizowałam.

Zabrałam Korę do siebie, a ona...

– Dobrze, że ją zabierasz – powiedział dziadzio, kiedy wychodziłam z sunią za bramę. – Ona tu by zdechła. Nic nie chce jeść, nie wychodzi z budy. A to dobry piesek jest. Zajmij się nią, Ilusiu.
Naprawdę, robiłam wszystko, żeby Kora czuła się lepiej, ale na nic się zdały moje starania. Sunia wciąż była osowiała, nie chciała jeść. W końcu zabrałam ją na spacer za miasto. Była już wiosna, dość ciepło, wszystko dookoła się zieleniło. Puściłam Korę ze smyczy, bo wiedziałam, że nie ucieknie. Szła przy mnie powolnym krokiem, nie interesowały jej ani nowe zapachy, ani możliwość biegania bez smyczy. Tam, gdzie ją zabrałam, były pola, jakieś zarośla, krzaki, mały zagajnik. Nieraz widziałam tu sarny i zające.

W pewnej chwili kątem oka zauważyłam jakiś ruch, jakby coś spadło z nieba. W kolejnej sekundzie dostrzegłam dużego ptaka odlatującego w stronę lasu. To był jastrząb, może myszołów, który trzymał w szponach jakieś zwierzę. Po rozmiarze i kształcie domyśliłam się, że to zając. Byłam tak poruszona tą sceną, że na moment zapomniałam o Korze. A ona nagle ożyła. Ujadając, pobiegła w stronę, skąd odleciał drapieżnik z ofiarą. Nagle zatrzymała się i zaczęła biegać wokół jednego miejsca przy miedzy.

Zajęcza mama

– Co tam znalazłaś, mała? – zawołałam, podbiegając do wyraźnie podekscytowanej suni. To były zające. Cztery małe szaraczki tuliły się do siebie jak ptaszki w gnieździe. Kora biegała wokół nich bardzo zaniepokojona i przejęta. I nagle do mnie dotarło, że przed chwilą byłam świadkiem śmierci mamy tych maleństw. Drapieżny ptak zaatakował ją mniej więcej w tym miejscu, gdzie teraz kucałam. Wiedziałam, że nie mogę zostawić tych maluchów na pastwę losu. Dały się owinąć moją bluzą i zabrać do domu.

Kora już nie szła ociężałym krokiem, tylko truchtała przy mnie z wysoko uniesioną głową. Ponieważ była niedziela, musiałam zaczekać z wizytą u weterynarza. Nie miałam pojęcia, jak się zająć tymi maluchami, więc zaczęłam szukać informacji w internecie. „Czym karmić małe zające?”, wpisałam, kiedy maleństwa bezpiecznie leżały już w sporym kartonowym pudle wyścielonym starym kocem. Znalazłam sporo informacji, ale kiedy zaniepokojona ciszą odwróciłam się, by sprawdzić, co z maluchami, oniemiałam! Kora leżała na boku z maluchami, które ssały mleko! Podeszłam, nie dowierzając własnym oczom. Moja sunia, która straciła młode, właśnie karmiła osierocone zające!

Okazało się, że to prawdziwe błogosławieństwo – i dla małych zajęcy, i dla Kory, która nagle zaczęła normalnie jeść i zachowywać się. Mogę powiedzieć, że znów była szczęśliwa. Bo chyba była – całymi dniami siedziała w pudle ze swoimi adoptowanymi dziećmi, lizała je, karmiła, a kiedy podrosły i zaczęły rozbiegać się po domu, zaganiała je na legowisko, a nieraz przenosiła w pysku, trzymając za kark. Wifon, Pifko, Pucia i Dasio mieszkały z nami przez dwa kolejne miesiące, dostarczając radości i tematów do anegdotek. Potem zawiozłam je do mini zoo, gdzie mają swoją zagrodę i tyle marchewek, ile mogą zjeść.

Kora oczywiście została ze mną, a babcia, kiedy wróciła do domu, zapowiedziała, że żadne zwierzę u niej więcej nie dozna krzywdy. Na razie dziadkowie żadnego czworonoga nie mają, chociaż sąsiadom okociła się kotka i babcia przekonuje dziadka, że „kot wyciąga z kości reumatyzm”. Wiadomo więc, że jeśli kot u babci zamieszka, to będzie największym szczęśliwcem we wsi. Chociaż pewnie nie większym niż moje zające, które czasem odwiedzam w mini zoo. Trzeba to jasno powiedzieć: obie z Korą bardzo je rozpieściłyśmy!

Czytaj więcej