"Zawarłam z Markiem układ: jesteśmy małżeństwem, ale wcale nie musimy być sobie wierni..."
Mój układ z Markiem był jasny - nie musimy być sobie wierni i nie rozmawiamy o tym
Fot. 123rf.com

"Zawarłam z Markiem układ: jesteśmy małżeństwem, ale wcale nie musimy być sobie wierni..."

Namiętność była moim żywiołem. Bywały dni, kiedy budziłam się i wiedziałam, że dziś zatrzęsie się ziemia! Kochałam wysokie obcasy i krótkie spódniczki. Lubiłam dekolty i włosy opadające na ramiona. Uwielbiałam wychwytywać w tłumie pełne zachwytu spojrzenia mężczyzn. Ale byłam Markowi coś winna - Joanna, 30 lat. 

Miałam szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy byłam z chłopakiem. Kolegą z klasy. Całkiem miły, ale zakochał się, a ja nie byłam na to przygotowana. Zanim zdałam na studia, poznałam różne smaki miłości. Z nikim jednak nie związałam się na dłużej. Dopiero przed trzydziestką poznałam Marka. Był mężczyzną, na którego czeka się całe życie. Ale ja miałam skomplikowaną naturę.

Przekonałam Marka, że wolne związki są w modzie

Stałe związki mnie przerażały. Dlatego postanowiłam być z nim szczera. Małżeństwo – tak, ale pod warunkiem, że nie musimy być sobie wierni. – Dla ciebie zrobię wszystko – uśmiechnął się, jakby tylko czekał na rozkazy. I wtedy mu powiedziałam. Jego uśmiech zgasł. Nie tego się spodziewał. – Nie musisz się godzić – rzuciłam. – Niech będzie – odparł po chwili. – To uczciwy układ – przekonywałam go. – Wolne związki są teraz w modzie. – Powiedziałem, że się zgadzam – powtórzył cicho. – To jak? Wyjdziesz za mnie? – Tak – odparłam radośnie. Wierzyłam, że będziemy szczęśliwi. W końcu szczerość to podstawa udanego małżeństwa, a ja na nią postawiłam.

Ustaliliśmy, że zachowamy dyskrecję, by nie budzić sensacji. Ludzie są tacy małostkowi... Tym samym znalazłam się w gronie nobliwych żon, tworzących ze swoimi mężami idealne pary będące obiektem zazdrości. I tak nas postrzegano. Byliśmy perfekcyjnym małżeństwem. Piękni, zamożni, szczęśliwi...

Minęło pięć lat. Obiad z okazji rocznicy ślubu rodziców Marka trwał w najlepsze. – Kochanie, będę musiała wyjść – szepnęłam mężowi do ucha. Wystarczyło jedno spojrzenie, zrozumiał, ale przez jego twarz przemknął cień smutku. Pożegnałam się i uciekłam.

– Jestem – wysapałam, wbiegając do hotelowego pokoju. Jose poznałam w pracy, był naszym konsultantem z Hiszpanii. Czekał teraz na mnie z butelką wina. Nie było sensu tracić ani minuty. Szybko wylądowaliśmy w satynowej pościeli. To była wspaniała noc. Wymknęłam się nad ranem, gdy Jose jeszcze spał. Zdążyłam wpaść do domu, by się przebrać.

Wszyscy pytali mnie o receptę na szczęśliwy związek. A ja milczałam

Czekał mnie ciężki dzień w pracy. – Zjesz śniadanie? – Marek już się obudził i, jak zwykle w takich wypadkach, unikał mojego wzroku. – Chętnie. I kawę poproszę. Nalał mi kawy i usiadł naprzeciwko. Zaraz potem rozłożył gazetę. Zapadła między nami cisza. No bo co mówić w takich chwilach? Nasza umowa była jasna – nie rozmawiamy o tym. Czasem było ciężko. Delegacja Marka, mój wyjazd służbowy. Nocami trudno było zasnąć. Nazajutrz pytania cisnęły się na usta. Ale udało nam się zachować klasę. Żadnych pytań. Nie mieszamy do tego naszej miłości.

Ze współczuciem obserwowałam rozpad związków naszych znajomych. Agę mąż zdradzał z księgową. Znalazła kiedyś rachunek za biżuterię, której nie dostała. Piotrek szedł w zaparte, a ona wiedziała swoje. Jolka roztyła się po dwóch ciążach. Wieczorami marzyła skrycie o nauczycielu wuefu ze szkoły jej syna. – Boże, jak wy to robicie, że jesteście tacy szczęśliwi? – wzdychała nieraz. – Ten twój Marek świata poza tobą nie widzi – wtórowała jej Aga. – A tobie tak się oczy błyszczą na jego widok. Zdradź nam przepis na sukces.

Na końcu języka miałam historię naszego udanego związku. Na szczęcie nic nie powiedziałam. Nie zrozumiałyby... A teraz, przy śniadaniu, przyglądałam mu się dyskretnie.

Próbowałam udowodnić Markowi, że jest najważniejszy

Był cholernie przystojny. Choć wokół jego oczu rozrosła się sieć zmarszczek. Ze zmęczenia? A może coś go trapi? Boże, nie powinnam się oszukiwać. Widziałam, jak mu ciężko... Marek dokończył śniadanie i narzucił marynarkę. Potem pocałował mnie w policzek. „Pewnie tak jak ja spędził noc na namiętnych igraszkach”, pomyślałam.

Każde z nas miało swoje drugie życie, ale ten wieczór będzie należał do nas! – Zrobię dzisiaj coś pysznego – wymruczałam mu do ucha, gdy wychodził. – Będziesz wcześniej? – Postaram się – mruknął. Przyszedł. Wyciągałam właśnie z piekarnika jego ulubioną zapiekankę. Na stole stały już świece i wino. Jak zwykle w takich chwilach starałam się ze wszystkich sił.

Próbowałam udowodnić Markowi, że dla mnie jest najważniejszy. Że oni wszyscy – Jose, Piotr, Krzysztof – to przystanki w moim życiu, krótkie epizody, które ładują moje akumulatory, ale tak naprawdę liczy się tylko on. Marek przecież robił to samo. Mimo jego romansów wiedziałam, że w jego życiu jestem tylko ja. Po prostu to czułam. Dlatego ten wieczór był wyjątkowy. Włożyłam nową bieliznę, włączyłam Stinga. To była piękna noc...

Namiętność była moim żywiołem

Rano przywitał mnie namiętnym pocałunkiem i zapytał: – Pójdziemy po pracy na spacer? Podparł się na łokciu, przyglądając mi się z uśmiechem. Wiem, że nie wyglądałam pięknie. Żaden z moich kochanków nie widział mnie z nieświeżymi włosami, z błyszczącym nosem, niedbale wciągającą rajstopy. A on tak. Widział i patrzył na mnie z miłością. No i dlatego było mi z nim tak dobrze.

– A potem zapraszam cię do kina. No właśnie... W tym tkwił problem. Marek kochał te drobne rodzinne sprawy – wspólne zakupy, pichcenie, kino, spacer. A ja potrzebowałam adrenaliny. Chciałam być adorowana, kochana, podziwiana.

Namiętność była moim żywiołem. Bywały dni, kiedy budziłam się i wiedziałam, że dziś zatrzęsie się ziemia! Kochałam wysokie obcasy i krótkie spódniczki. Lubiłam dekolty i włosy opadające na ramiona. Uwielbiałam wychwytywać w tłumie pełne zachwytu spojrzenia mężczyzn. Ale byłam Markowi coś winna.

Tym bardziej, że najwyraźniej nasza umowa coraz bardziej mu ciążyła. Wyrzuty sumienia, dotąd uśpione, zaczynały zakłócać mój spokój. – Jasne – odparłam. Tego dnia zaliczyliśmy więc kino i spacer. Wracając do domu, uświadomiłam sobie, że mijający nas ludzie patrzą na nas z sympatią. Tak jak się patrzy na kogoś pięknego, wyjątkowego. Tacy byliśmy. To była ostatnia chwila w moim życiu, kiedy bez wstydu pomyślałam, że mam wszystko: bezpieczne gniazdko u boku kochanego męża i co jakiś czas niezobowiązujące bzykanko z jakimś przystojniakiem, którego imienia nawet nie musiałam znać. Pełnia szczęścia.

Ogarnął mnie strach, że umrę

Po spacerze wzięliśmy wspólny prysznic. Marek delikatnie mydlił moje plecy, jego dłonie ześlizgnęły się na moje biodra i uda i znów powędrowały w górę w stronę piersi. Westchnęłam z rozkoszą. Jeszcze mokrzy znaleźliśmy się w sypialni. Ognisty seks z prawie nieznajomym jest wspaniały. Ale bywają chwile, gdy nic tak mnie nie rozpala jak pełne czułości, dobrze mi znane pieszczoty...

Tak było tym razem. Marek znał moje ciało i wiedział, co sprawi mi przyjemność. Oddałam się mu cała, gdy nagle... – Co to? – zaniepokoił się. – Co się stało? – spytałam. Usiadł na łóżku, wciąż trzymając dłoń na mojej piersi. – Czujesz to? Masz tu guzek.

Zmarszczyłam groźnie brwi, ale po chwili kierowana niejasnym lękiem, podążyłam za jego dotykiem. – Jutro zarejestruję cię do lekarza – powiedział stanowczo. Nie myślałam wtedy, że to może być TO.

– Rak... Ma pani szczęście. Możemy podjąć walkę. Jest duża szansa – usłyszałam następnego dnia od lekarza. – Jest pan pewien? Dlaczego? – Nie wiem – popatrzył mi prosto w oczy. – Jestem tylko lekarzem. Siedziałam jak otępiała i nie mogłam się ruszyć. Więc to koniec? Umrę? Ogarnął mnie strach. Co teraz będzie? Czy mam tyle siły?

Już nie byłam femme fatale

Popatrzyłam bezradnie na lekarza, a on kiwnął tylko głową i po chwili w gabinecie pojawił się Marek. – Jestem tu... Kochanie... Jestem... – powiedział i wyprowadził mnie stamtąd. – I co teraz? – zapytałam w domu. – Teraz zaczynamy walczyć – odparł spokojnie. – Na początek brokuły na kolację.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od dwóch tygodni studiował internet, książki i fachowe pisma w poszukiwaniu informacji na temat nowotworów piersi. Opracował dietę, zredukował swój czas pracy, by być przy mnie, nawiązał kontakty z najlepszymi specjalistami. A ja od czasu diagnozy zupełnie oklapłam. Nie miałam pojęcia, co robić. Tuż przed operacją zupełnie się rozkleiłam.

Markowi nie musiałam nic mówić. Rozumiał mnie bez słów. – Jestem z tobą. Cokolwiek się stanie – odsunął kosmyk z mojego spoconego czoła i pocałował mnie w niepomalowane powieki. Już nie byłam femme fatale. Byłam małą przerażoną dziewczynką we flanelowej piżamie. – Ale ty jesteś wojowniczką! Zawsze dostajesz to, czego chcesz... To brzmiało dwuznacznie. A może tylko ja to tak zrozumiałam? Ale miał rację.

Przez lata dyktowałam swoje warunki. Dlaczego, u licha, teraz miałoby być inaczej?! Spojrzałam na niego niepewnie. Nie miałam dużo czasu. Musiałam podjąć walkę. Wyłączyłam więc telefon, szpilki i żakiety zamieniłam na klapki i szlafrok. Szpital stał się moim domem. Marek robił wszystko, by odegnać moje złe myśli. Wciąż był przy mnie. Z nową książką, gazetą, filmem na laptopie. To on był ostatnią osobą, którą widziałam przed operacją, i pierwszą, którą zobaczyłam po przebudzeniu.

Nie myślałam o moich kochankach, był tylko Marek

Kiedy po chemii wypadły mi włosy, kupił mi piękną chustę. – Jak dla mnie, możesz jej nie nosić. Masz bardzo kształtną głowę... Chyba sam się ogolę. Czekaliśmy wiec razem na wyniki chemioterapii łysi, bo Marek dotrzymał obietnicy. Zespoleni bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Nie pytałam, co z jego pracą, nie miałam siły na kolejne zmartwienia. Czasem tylko leżąc w półśnie, słyszałam, jak klepie w klawiaturę komputera przy szpitalnym łóżku. To dziwne.

Ani razu przez ten czas nie pomyślałam o moich kochankach. Nie byli mi potrzebni. Wszystko, co najważniejsze, skupiło się w tym szpitalnym pokoiku pachnącym krochmalem i lekarstwami. Ja i Marek... To on za mnie myślał w tym czasie. On mówił o przyszłości, budował nasz dom nad rzeką, opowiadał o dzieciach i wnukach, które będziemy mieć, o miejscach, które zobaczymy. Podnosił mnie z łóżka, zmieniał bieliznę i podstawiał miskę, gdy miałam mdłości. Zawsze gotowy spełnić każde moje życzenie. Nie od razu zdałam sobie z tego sprawę. Pamiętam ten dzień.

Jednego wieczoru dowiedziałam się, czym jest miłość

Byłam już w domu. Powoli wychodziłam na prostą. Wyniki wyraźnie się poprawiły, choć nic tak naprawdę nie było jeszcze przesądzone. – Kocham cię – wyszeptałam. – Co mówiłaś? – wymamrotał, przecierając oczy. – Coś przynieść? Zmarzłaś? Był takim skarbem. Czego ja szukałam w cudzych ramionach? Jaka pieszczota była lepsza od tego czułego dotyku moich stóp okutanych w ciepłe skarpety? Jaką ja byłam szczęściarą!

– Kochanie, unieważnijmy tę głupią umowę – powiedziałam. Marek milczał. Idiotka ze mnie. Zrywam umowę akurat wtedy, gdy on mógłby na niej najwięcej skorzystać. Tak wiele poświęcił. Przez cały czas mojej choroby jest ze mną... Dniem i nocą. – Dla mnie ta umowa nigdy nie istniała. Nigdy cię nie zdradziłem – wyszeptał. Rozbeczałam się. Nie płakałam tak nawet wtedy, gdy leżałam w ciemnościach, z rakiem drążącym moje ciało.

Płakałam ze wstydu i z rozpaczy, że sprofanowałam coś tak pięknego, wierząc w brednie o wolnych związkach... Tego czerwcowego wieczoru dowiedziałam się, czym jest miłość. Żadna tam wolna, liberalna, nowoczesna. Miłość jest jedna. Dla mnie to Marek. A potem nic. Wciąż walczę. Rokowania są dobre. Wierzę, że wygram. Jestem to winna Markowi. Teraz moja kolej, by naprawdę kochać... Niech tylko los da mi szansę... 

Czytaj więcej