"Nie mogłam zajść w ciążę, a myśl o dziecku powoli stawała się obsesją. W końcu mąż wpadł na szalony pomysł..."
Fot. 123RF

"Nie mogłam zajść w ciążę, a myśl o dziecku powoli stawała się obsesją. W końcu mąż wpadł na szalony pomysł..."

Kochaliśmy się z Radkiem w dni płodne dwa razy dziennie, po stosunku układałam się w specjalnych pozycjach... I ciągle nic! Lekarze twierdzili, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mieli z mężem dziecko. Jednak mimo wielu prób wciąż nam się nie udawało. Pewnego dnia mój mąż przedstawił mi swój plan... Patrycja, 27 lat

Zanim kupiliśmy działkę z ruderą, której nie można było nazwać domem, miałam jeden problem. Choć staraliśmy się z mężem od ponad roku, nie mogłam zajść w ciążę. Chodziliśmy od jednego lekarza do drugiego, robiliśmy setki badań i pozornie nic nie stało na przeszkodzie, byśmy spłodzili potomka. Tyle że w praktyce tak pięknie to nie wyglądało.

Tak bardzo chciałam dziecka

Kochaliśmy się w dniach płodnych dwa razy dziennie, byliśmy na specjalnej diecie, która miała ponoć wspomagać płodność, po zbliżeniu układałam ciało w takich pozycjach, że czasem aż mi się wstyd robiło, takie to wszystko było idiotyczne. I nic. Za każdym razem moje nadzieje przekreślało punktualne jak w szwajcarskim zegarku nadejście miesiączki.
Źle spałam, godzinami surfowałam po necie w poszukiwaniu jakiejś mądrej rady od ludzi, którzy znajdowali się kiedyś w takiej samej sytuacji jak my, ciągle miałam zły humor i łzy w oczach. Tak bardzo chciałam mieć dziecko! Aż kiedyś zdarzyło się coś, co ja sama uznałam za znak zdesperowania.
W pewien weekend przyszli do nas znajomi. Para małżeńska, na której ślubie byliśmy zaledwie dwa miesiące wcześniej. W pewnej chwili zamilkli, spojrzeli na siebie, chwycili się za ręce i w końcu oznajmili nam z dumą:
– Będziemy mieli dziecko... Radek, mój mąż, od razu zaczął im gratulować. Zaproponował otwarcie butelki szampana, by uczcić taką nowinę. A ja? Ja rozpłakałam się jak bóbr, uciekłam do pokoju i już stamtąd nie wyszłam. Radek musiał przeprosić i pożegnać gości, a potem usiadł na łóżku i pogłaskał mnie po głowie.
– Patrycja? Co się z tobą dzieje? – spytał łagodnie. Uniosłam gwałtownie głowę i wykrzyczałam, co myślę o jego dobrym humorze w sytuacji zupełnie nie do śmiechu. A potem powiedziałam jeszcze tysiąc głupich i niesprawiedliwych rzeczy. Mąż słuchał mnie w milczeniu. Kręcił tylko z niedowierzaniem głową i patrzył na mnie tak, jakby mnie pierwszy raz widział na oczy. Poszliśmy spać, nie mówiąc sobie nawet „dobranoc”.
Następnego ranka przeprosiłam go za swoje zachowanie i obiecałam przeprosić też Martę i Macieja. Radek przytulił mnie do siebie i ciężko westchnął.
– Jeszcze się gniewasz? – szepnęłam.
– Skąd – zaprzeczył z mocą. – Ale trochę się o ciebie martwię.
– Niepotrzebnie – pokręciłam głową.
– Patrycja! – powiedział z wyrzutem. – Kogo ty chcesz oszukiwać? Przecież znam cię lepiej niż twoja własna matka.
– Ale myślisz, że kiedyś się nam uda? – spytałam cichutko.
– Pewnie – odparł bez namysłu. – Obiecuję ci to.
Uśmiechnęłam się pocieszona. A następnie przez kolejne dni obserwowałam męża z rosnącym niepokojem i teraz to ja się o niego martwiłam.

Decyzja, która zmieniła nasze życie

Mój mąż, zazwyczaj domator, zaczął wyciągać mnie do kina, teatru, na kolacje, spotkania towarzyskie i weekendowe wycieczki. Zabrał mnie nawet na wieś do swojej ciotki, z którą nie widywaliśmy się nawet w święta. Spędziliśmy u niej cały weekend. W dzień włócząc się po polach, lasach, a w nocy leżąc przy otwartym oknie i słuchając kumkania żab w pobliskim stawie.
– Jest tak cudownie, że miałabym ochotę zostać tu na zawsze – powiedziałam w pewnej chwili i przytuliłam się do męża. Nie sądziłam, że ta rozmowa będzie miała jakiekolwiek konsekwencje. Ale jakiś miesiąc później, gdy jeszcze byłam w firmie, Radek zadzwonił i powiedział, że po pracy zabierze mnie w pewne miejsce. Był bardzo tajemniczy. I dopiero gdy stanęliśmy przed ruderą pod lasem, spytał:
– Co ty na to, żebyśmy to kupili? W pierwszej chwili zupełnie mnie zatkało. Patrzyłam to na dom, to na las, to na wijącą się niedaleko rzeczkę, to na męża.
– Ale jak to, kupili?! – zawołałam w końcu. Wtedy Radek wyjaśnił mi, że od pobytu u ciotki na wsi szuka odpowiedniego miejsca dla nas. I właśnie dzień wcześniej kolega powiedział mu, że jego znajomy ma fajną działkę do sprzedania.
– Nie miałabyś ochoty budzić się tu, zasypiać, chodzić na spacery z naszą córeczką lub synkiem? Łzy stanęły mi w oczach. Pewnie, że chciałam! Tylko że to przecież nie było takie proste!
– A ile kosztuje ten dom? Będzie nas stać na remont? – sprowadziłam męża na ziemię. Ale on to wszystko już obmyślił. Chciał sprzedać mieszkanie, ale w umowie zaznaczyć, że wyprowadzimy się za kilka miesięcy. W tym czasie przygotowywalibyśmy powoli nasz dom do zamieszkania. Kolega zarekomendował mu tanią brygadę swojego brata. To byli amatorzy, ale zmyślni. Tak to wszystko jasno widział, tak mnie zaraził swoją energią i zapałem, że się zgodziłam.

Pół roku później pojawił się problem numer dwa. Termin oddania naszego mieszkania nowym właścicielom się zbliżał, natomiast termin oddania naszego domu do użytku oddalał, tak zmyślna była nasza tania brygada robotników. W końcu stanęliśmy przed wyborem: albo wprowadzamy się do rudery, albo idziemy na kilka miesięcy do hotelu i rujnujemy się na amen.
– W sumie... – Radek spojrzał na mnie przepraszająco. – Da się tam żyć. Prąd jest, woda też... – I nawet bieżąca! – stwierdziłam kpiąco.
– Jak ja mogłam być tak głupia, żeby się zgodzić na to szaleństwo! – jęknęłam i rozpłakałam się. Radosław tulił mnie i uspokajał. Zapewniał, że damy sobie radę, ale ja jakoś nie mogłam w to wszystko uwierzyć.

Życie w naszej ruderze...

Następne dni, tygodnie i miesiące to był istny koszmar. Dach przeciekał, więc na strychu pod każdą dziurą stał kubełek. Instalacja elektryczna była tak stara, że wystarczyło zapalić światło, włączyć komputer i spróbować zagrzać wodę w czajniku, a korki wyskakiwały jeden po drugim. Były problemy z kanalizacją, z ogrzewaniem, bo stary piec węglowy wymagał nocnego wstawania i „dokładania”, inaczej budziliśmy się zmarznięci na kość. Wszystko skrzypiało, łamało się i psuło. Kłótnie były u nas na porządku dziennym, do pracy przychodziłam więc w coraz gorszym nastroju. Znowu nie mogłam spać dręczona myślami. Tym razem jednak zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby w tym okropnym miejscu jakoś przeżyć.

W końcu Radek powiedział, że weźmie bezpłatny urlop i sam zacznie się zajmować naszym „gniazdkiem”. Uznałam to za jedyny mądry pomysł od dłuższego czasu. Pewnego ranka, gdy miałam już wyjeżdżać do pracy, skrzydło bramy wypadło z zawiasów i poleciało na ziemię. Wpadłam w furię, bo wcześniej musiałam umyć głowę w zimnej wodzie, korki wysiadły, gdy tylko włączyłam suszarkę do włosów, a w podłodze kuchni zaczęła się ruszać kolejna deska. Wrzeszczałam więc na podwórku tak, że z okna domu naprzeciwko wyjrzała zaniepokojona sąsiadka.
– Kochanie! Ja to naprawię, tylko proszę, nie krzycz więcej, dobrze? – błagał mąż.
– Dobrze, nie będę krzyczeć – kiwnęłam głową. – Ale ostrzegam cię: jeśli ta brama nie będzie działała jak należy, gdy wrócę z pracy, wyjeżdżam stąd jeszcze dziś wieczorem! – zagroziłam, po czym odwróciłam się na pięcie i bez pożegnania wsiadłam do auta.

Jedna chwila namiętności

Po południu, kiedy wróciłam do domu, bramę otworzył mi Radek i z dumą zaprezentował mi efekty swojej pracy. Ja jednak tylko wzruszyłam ramionami. Wielkie mi osiągnięcie! A gdy wysiadałam z auta, poślizgnął się na błocie, które nie zdążyło wyschnąć po ostatniej ulewie, i padł na ziemię jak długi. Dopiero wtedy przeszła mi złość i zaczęłam się śmiać. Na dodatek Radek, próbując wstać, poślizgnął się jeszcze raz i jeszcze raz umorusał się w błocie. To wywołało kolejny atak mojego śmiechu.
– Tak cię to bawi?! – udał złego i podszedł do mnie.
– Przepraszam, ale... ale... – próbowałam się tłumaczyć, lecz co chwilę dławiłam się ze śmiechu.
– To teraz ja się ponabijam! – zawołał i zanim zdążyłam się odsunąć, objął mnie brudnymi rękami, a następnie narysował mi na policzku dwie błotniste krechy. Zaczęliśmy się przepychać i wygłupiać. Aż w końcu brudni i zmęczeni poszliśmy do domu. W łazience zrzuciliśmy z siebie ubrania i weszliśmy do wanny pod ciepły, na szczęście, strumień wody. Spojrzałam na nagiego Radka i jakoś dziwnie gorąco mi się zrobiło. Poczułam, że tęsknię za jego ciałem. Tak dawno go nie dotykałam, nie pieściłam. Ani on mnie. On też przez chwilę patrzył na mnie z pożądaniem, a potem podszedł do mnie i pocałował namiętnie. Kilka minut sprawdzaliśmy, co da się zrobić we dwójkę w tej starej wannie... Około północy, gdy już leżeliśmy w łóżku, usłyszeliśmy gwałtowny łoskot. Zerwaliśmy się na równe nogi i zaczęliśmy sprawdzać wszystkie pomieszczenia. W końcu okazało się, że zawalił się komin... – Przecież tania, zmyślna brygada brata twojego znajomego ponoć odnowiła go miesiąc temu! – jęknęłam, z wyrzutem patrząc na męża. Znowu poszliśmy spać, nie mówiąc sobie nawet „dobranoc”.

Problem numer trzy na horyzoncie

I tak to rudera psuła nam humory przez kolejne tygodnie. Aż wreszcie pewnego dnia, patrząc na kalendarz, zdałam sobie sprawę, że jakoś dawno nie miałam miesiączki. Zaczęłam powoli liczyć dni. I jeszcze raz. I kolejny. Spóźniała mi się już jedenaście dni! Byłam tym tak zaskoczona, że aż nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa. Potem zrobiłam test – miałam ich cały zapas... Wyszedł pozytywny! Następnego dnia ciążę potwierdził ginekolog. Byłam po prostu zszokowana!
– Antykoncepcja, nawet najlepsza, też czasem zawodzi – wyjaśnił lekarz, widząc moją minę. Nie chciało mi się tłumaczyć, że chodziło o coś zupełnie innego. Że kiedyś kochaliśmy się dwa razy dziennie, byliśmy na specjalnych dietach, ja odpoczywałam po zbliżeniu w dziwnych pozycjach, żeby tylko zajść w ciążę, i nic. A tu nagle jedna chwila namiętności przyniosła takie efekty!
Byłam... przeszczęśliwa!
– Widzisz, miałem rację z tym domem na wsi. To on ci pomógł! – pysznił się mąż.
– Kochanie, ty lepiej milcz! – poradziłam. – Bo doskonale wiesz, że ta rudera omal mnie nie wykończyła.
– I odwróciła uwagę od ciąży – dodał. – A ponoć czasem tak bywa, że im bardziej się człowiek stara i chce, tym bardziej nic z tego nie wychodzi!
– Mam więc być ci wdzięczna za te miesiące horroru?! – wykrzyknęłam.
– No, przydałby się chociaż buziak... – westchnął. No cóż, dałam mu tego buziaka. Bo w sumie to miał chyba trochę racji. Problem numer jeden, czyli ciąży, został wyparty przez problem numer dwa, czyli rudery. Chcąc nie chcąc, przestałam myśleć o dziecku i... udało się. Tylko jak do takiej rudery przywieźć ślicznego, delikatnego noworodka?! Na horyzoncie pojawił się problem numer trzy... 

Czytaj więcej