Miało być tak pięknie! Własne miejsce na ziemi! Przecież sympatyczna staruszka nie mogła popsuć naszej radości. Tak nam się przynajmniej wydawało… Danka, 32 lata
Pobraliśmy się z Jankiem rok temu. Gnieździliśmy się w jednym, małym pokoju wynajmowanej stancji, bo na kawalerkę nie było nas stać.
I nagle... dostałam spadek!
Kiedy wróciłam z pracy, zastałam Janka wpatrującego się w jakiś papier.
– Co to? – Zajrzałam mu przez ramię. Pismo było po angielsku.
– No… właśnie czytam i niedowierzam – bąknął.
Wzięłam do ręki kopertę ze stolika. Była z kancelarii prawnej w Waszyngtonie.
– Dostałaś spadek! – wymamrotał. – Po jakiejś Walentynie D. Słyszałaś coś o takiej? To chyba pomyłka...
– Po cioci Walentynie?! – zawołałam. – No, ona wyjechała wiele lat temu do Ameryki – wyjaśniłam zamyślona. – Ale skąd jej przyszło do głowy, żeby zostawiać mi spadek? I to po tylu latach! Owszem, w Polsce widywałyśmy się często, ale byłam wtedy małą dziewczynką. To starsza siostra mojej zmarłej mamy…
Dwa dni później stawiliśmy się we wskazanej kancelarii, a kiedy z niej wyszliśmy, byliśmy zupełnie oszołomieni.
Rzeczywiście dostaliśmy spadek po cioci Walentynie, a tym spadkiem była jednopiętrowa willa z dużym ogrodem w dobrej dzielnicy miasta.
– Jest tylko jedno zastrzeżenie – odczytywał mecenas. – Pozwolicie mieszkać tam do śmierci dawnej nauczycielce pani Walentyny, która, o ile zdążyłem się zorientować, zajmuje pierwsze piętro willi.
Dopiero w domu to wszystko do nas dotarło i sprawiło, że krzycząc i podskakując, całując się i obejmując, daliśmy ujście naszym emocjom.
Zanim się przeprowadziliśmy, poszliśmy z kwiatami i czekoladkami przedstawić się tej emerytowanej nauczycielce. Wizyta była bardzo miła, choć pani Michalina odmówiła przyjęcia pralinek.
– Jestem uczulona na czekoladę – poinformowała, spoglądając na nas ze smutkiem. – Ale tak się cieszę, że pozwalacie mi tu zostać – ciągnęła. – Naprawdę, gdyby nie wasza dobra wola, nie wiem, gdzie bym poszła…
– Ależ to był podstawowy warunek mojej cioci Walentyny – poczułam się w obowiązku wyjaśnić sytuację.
– Walusia!... – westchnęła pani Michalina, a oko jej zaszło mgłą. – Kto by przypuszczał, że będzie pamiętała o starej nauczycielce?
Po miłej godzinie wyszliśmy. Pani Michalina była już rzeczywiście wiekowa, miała dziewięćdziesiąt trzy lata, gdzie by się podziała, gdyby ciocia Walentyna o niej nie pomyślała?!
Dom nas zachwycił! Parter był obszerny, czteropokojowy, większy niż góra, gdzie były tylko dwa pokoje. A pani Michalina wydała nam się uosobieniem ciepła.
Tydzień później wprowadziliśmy się. Nasze klamoty, które zupełnie przytłaczały tę obskurną stancję, tu ginęły po kątach. Kuchnię mieliśmy dużą, że można było w niej tańczyć, dwa pokoje ogromne i dwa mniejsze. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście!
Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy butelce wina, rozejrzałam się dookoła.
– Czym my zapełnimy mieszkanie? – zatroskałam się wesoło. Przestrzenie nowego lokum mnie zachwycały.
Janka najwyraźniej też, bo odparł:
– Ze wszystkim sobie poradzimy.
Podchmieleni winem i szczęściem poszliśmy wcześnie do łóżka, wymieniając znaczące spojrzenia.
W nocy obudził nas jakiś hałas. Poderwaliśmy się na równe nogi! Bębnienie dochodziło z rur centralnego ogrzewania.
– To chyba pani Michalina wali – szepnął Janek. – Coś musiało się stać.
Pognaliśmy więc na górę. Pani Michalina stała w drzwiach z zatroskaną miną i obrzękniętą twarzą.
– Co się stało?! – zawołaliśmy chórem.
– Och, moje dzieci kochane, trzeba wezwać lekarza, mam wielkie duszności – wyjaśniła.
Odniosłam wrażenie, że kobieta ledwo trzyma się na nogach. Bez namysłu zbiegłam na dół po telefon, widząc kątem oka, jak Janek bierze staruszkę na ręce i wchodzi do jej mieszkania.
Pogotowie zjawiło się kilkanaście minut później. Lekarz osłuchał babcię i oznajmił, że serce pracuje normalnie, a potem zapytał:
– A co pani jadła na kolację?
Babcia zrobiła minę tak zawstydzoną, że poczułam żal.
– No… – wyznała – zjadłam kilka czekoladek przed snem…
– Przecież jest pani uczulona – zauważył łagodnie mój mąż.
Pani Michalina spojrzała na nas błagalnie.
– Nie mogłam się oprzeć… – Złożyła ręce jak do modlitwy.
Ujęła nas tym wyznaniem. Podczas gdy lekarz aplikował staruszce zastrzyk, ja głaskałam ją pocieszająco po dłoniach.
– Gdyby się coś działo, proszę dzwonić. Ale nie przewiduję komplikacji. Pani dostała silny środek odczulający – powiedział lekarz.
Oboje z Jankiem też zbieraliśmy się do wyjścia, było już po trzeciej w nocy. Babcia przytrzymała moją rękę.
– Zostań trochę ze mną, kochana – poprosiła. – Masz takie dobre spojrzenie.
Zostałam, aż zasnęła, choć oczy mi się kleiły.
Rano zdążyłam tylko wziąć szybki prysznic, wypić mocną kawę i pobiegłam do pracy.
– Wiesz – przywitał mnie Janek, gdy wróciłam do domu – teraz możemy wreszcie przygarnąć pieska! Wybierzemy się dziś do schroniska?
– Oj, dziś nie – powiedziałam. – Jestem wykończona po tych nocnych wydarzeniach.
Nazajutrz jednak sama podjęłam temat. Od tak dawna marzył nam się pies.
– Jak się uwiniesz z robotą, to możemy dziś pojechać do schroniska – oznajmiłam radośnie.
– To super! – Uśmiechnął się mąż. Nagle się zamyślił. – Wiesz, może wypada uprzedzić panią Michalinę, że do domu przybędzie nowy lokator? – Podrapał się po głowie.
– Tak, masz rację. Chodźmy do niej.
Wypadało zatroszczyć się o komfort staruszki.
– Pieska? – odparła babcia z niewyraźną miną. – No… ale on zagryzie moją Becię! – rzuciła gwałtownie.
– Becię? – zapytaliśmy jednocześnie.
– Tak… Mam kotkę, nie poznaliście jej, bo wczoraj miała wychodne. Latała po ogrodzie za kocurami – zachichotała. I rozglądając się, zawołała: – Becia! Becia, kici, kici…
W progu stanął kot. Był ogromnych rozmiarów, dwa razy większy, niż zwykle koty bywają.
– Ooo… – zdołałam tylko wykrztusić, bo Becia wyglądała tak, jakby raczej to ona mogła zrobić krzywdę pieskowi. – No… no, ładny kotek – poprawiłam się zaraz. – I dobrze odżywiony. – Powiodłam wzrokiem po gigantycznej Beci.
– Ach, nie! – zaśmiała się staruszka. – Taka tłusta, bo jest przy nadziei – wyjaśniła.
Czułam żal, że nie możemy wziąć wymarzonego psa i chciałam wyjaśnić, że przygarniemy takiego, który na pewno nie zrobi Beci krzywdy, ale Janek się podniósł.
– No tak – powiedział łagodnie. – To my już pójdziemy. – I nim zdążyłam otworzyć usta, wyprowadził mnie na schody. – Daj spokój – szepnął, obejmując mnie. – To staruszka, stoi nad grobem. Czekaliśmy tyle czasu, to poczekamy jeszcze trochę.
„No cóż. Ostatecznie ta willa mogła nam się wcale nie trafić”, westchnęłam w duchu.
Becia dała się we znaki już nazajutrz. Wyszłam na korytarz, żeby się ubrać do pracy, kiedy drapała akurat pazurami po moim płaszczu. Wzięłam go do ręki – nie nadawał się do wyjścia. Pozadzierany, postrzępiony na dole. Mój nowy płaszcz! Zgrzytnęłam zębami. Założyłam żakiet i pognałam, bo już było późno.
Wieczorem oznajmiłam Jankowi, że musimy trzymać rzeczy w naszym mieszkaniu.
Kilka dni później okazało się, że to się na nic nie zdało. Becia nasikała Jankowi do butów. Smród był nie do wytrzymania.
– Ale jak to możliwe? – zastanawiał się mąż. – Przecież stały u nas.
Sprawa się wyjaśniła chwilę później, gdy ujrzeliśmy Becię łażącą po blacie naszej kuchennej szafki.
– Wlazła przez okno – stwierdził Janek. – No, ale nie sposób przecież nie otwierać okien. – Rozłożył bezradnie ręce.
Ja też byłam bezradna. Uznaliśmy, że nie ma wyjścia, tylko trzeba poprosić babcię, by pilnowała Beci.
– Upilnować? Becię?! – zawołała pani Michalina rozbawiona. – To widać nigdy nie mieliście kota!
Wyszliśmy więc, nic nie wskórawszy...
– I psa też nie będziemy mieć – warknął pod nosem Janek.
Z pokoju dobiegł nas słodki głosik pani Michaliny:
– Co mówiłeś, kochanieńki? Co?
We znaki dawała nam się nie tylko Becia. Babcia, choć nie była głucha i potrafiła usłyszeć każdy szelest, nastawiała na cały regulator radio, a kiedy tłumaczyliśmy, że Janek pracuje w domu i hałas mu przeszkadza, odpowiadała rozbrajająco:
– Kiedy ja nie słyszę – kłamała w żywe oczy. – Nie odbierajcie mi tej jedynej radości. – Patrzyła łagodnym, proszącym wzrokiem.
Janek przeniósł się z laptopem do pobliskiej biblioteki uniwersyteckiej.
Czas płynął. Siedzieliśmy z zatyczkami w uszach nie tylko z powodu bębniącego radia, ale też gwiżdżącego po piętnaście minut czajnika. Co dwa tygodnie kupowaliśmy nową wycieraczkę, na którą regularnie sikała Becia. Babcia Michalina waliła w rury z byle powodu, wzywając nas tym sposobem na górę. Chcieliśmy kupić jej komórkę z dużymi przyciskami i zakodowanym naszym numerem, żeby wreszcie przestała nam łomotać w te rury, ale powiedziała, że źle słyszy.
Źle słyszy! Akurat! Jeśli chcieliśmy powiedzieć sobie coś intymnego, musieliśmy szeptać, inaczej babcia nas podsłuchiwała i w dodatku wszystko komentowała, gdy się spotykaliśmy!
To były moje urodziny. Postanowiliśmy je uczcić kolacją z winem w restauracji.
Gdy wróciliśmy do domu, nastroje mieliśmy szampańskie. Janek, który trochę za dużo wypił, zaraz się położył, a właściwie dość głośno zwalił na łóżko. To był pierwszy głośniejszy dźwięk z naszego mieszkania, a mimo to natychmiast dało się słyszeć walenie w rury.
– A taka niby głucha! – rzucił na całe gardło mój wściekły mąż.
– Ciii! – Przyłożyłam palec do ust. – Jeszcze usłyszy!
– A niech słyszy! – zawołał jeszcze głośniej. – Mam tej staruchy powyżej uszu – dodał ze wściekłością.
Kilka dni później w środku nocy znów zostaliśmy wezwani. Ale tym razem rąbaniem w sufit.
Westchnęłam. „Czego znowu?”, pomyślałam. Janek, który też się przebudził, warknął, że nie pójdzie. Opatulił głowę kołdrą i po chwili usłyszałam, jak chrapie. Wściekła zgramoliłam się z łóżka i powlekłam na górę.
Już od progu zorientowałam się, że coś się dzieje. Babcia zwykle była bardzo rozmowna. Tym razem leżała na wznak pod kołdrą, dyszała, a w prawej ręce trzymała na kołdrze kij od szczotki. Podeszłam i zbadałam puls. Był słabiutki i nierówny. Zbiegłam więc na dół.
– Janek! Janek! – Zaczęłam tarmosić męża. – Obudź się, z babcią coś się dzieje. Musisz wezwać pogotowie, ja lecę z powrotem do niej.
– Co się dzieje? – warknął mąż.
– Nie wiem – zawołałam, biegnąc do drzwi – ale z trudem oddycha i puls ma jakiś dziwny!
– Pewnie się znowu czegoś nażarła. Nie zadzwonię, może wreszcie się jej pozbędziemy! – rzucił mściwie.
– Nie mów tak! – skarciłam go. – To stary człowiek. Dzwoń! – nakazałam i wybiegłam.
Babcię zastałam w jeszcze gorszym stanie. Bałam się okropnie, że mi umrze, zwłaszcza że nic innego nie mogłam zrobić, jak tylko czekać na karetkę.
– Przytul mnie – wyszeptała w pewniej chwili, więc posadziłam ją i przycisnęłam do siebie. Ale zdawało mi się, że jej to źle robi, więc położyłam ją z powrotem na poduszkach. Głaskałam po dłoni i powtarzałam współczująco:
– Zaraz będzie dobrze, zaraz przyjedzie lekarz.
Pogotowie odjechało na sygnale. Tej nocy babcia umarła. Było mi przykro, że nie pojechałam za nią taksówką. Że odchodziła w samotności.
Po śmierci staruszki porządkowaliśmy i segregowaliśmy jej rzeczy. Przy okazji znaleźliśmy w biurku list z informacją, że staruszka zostawiła u notariusza testament.
Udaliśmy się więc do kancelarii.
– Za głęboką troskę i opiekę – odczytywała notariuszka – zapisuję pani Danusi i jej mężowi Janowi sto tysięcy złotych moich oszczędności…
Oniemieliśmy! Tyle forsy!
– Będziemy mieli za co urządzić mieszkanie – szepnął zachwycony Janek.
– Pod warunkiem, że… – odczytywała dalej notariuszka – zajmą się moją koteczką Becią i jej kociętami.