W spadku dostałam willę! Niestety z... lokatorką
Fot. Adobe Stock

W spadku dostałam willę! Niestety z... lokatorką

Miało być tak pięknie! Własne miejsce na ziemi! Przecież sympatyczna staruszka nie mogła popsuć naszej radości. Tak nam się przynajmniej wydawało… Danka, 32 lata

Pobraliśmy się z Jankiem rok temu. Gnieździliśmy się w jednym, małym pokoju wynajmowanej stancji, bo na kawalerkę nie było nas stać.
I nagle... dostałam spadek!
Kiedy wróciłam z pracy, zastałam Janka wpatrującego się w jakiś papier.

– Co to? – Zajrzałam mu przez ramię. Pismo było po angielsku.
– No… właśnie czytam i niedowierzam – bąknął.
Wzięłam do ręki kopertę ze stolika. Była z kancelarii prawnej w Waszyngtonie.
– Dostałaś spadek! – wymamrotał. – Po jakiejś Walentynie D. Słyszałaś coś o takiej? To chyba pomyłka...
– Po cioci Walentynie?! – zawołałam. – No, ona wyjechała wiele lat temu do Ameryki – wyjaśniłam zamyślona. – Ale skąd jej przyszło do głowy, żeby zostawiać mi spadek? I to po tylu latach! Owszem, w Polsce widywałyśmy się często, ale byłam wtedy małą dziewczynką. To starsza siostra mojej zmarłej mamy…

Ten dom nas zachwycił

Dwa dni później stawiliśmy się we wskazanej kancelarii, a kiedy z niej wyszliśmy, byliśmy zupełnie oszołomieni.
Rzeczywiście dostaliśmy spadek po cioci Walentynie, a tym spadkiem była jednopiętrowa willa z dużym ogrodem w dobrej dzielnicy miasta.
– Jest tylko jedno zastrzeżenie – odczytywał mecenas. – Pozwolicie mieszkać tam do śmierci dawnej nauczycielce pani Walentyny, która, o ile zdążyłem się zorientować, zajmuje pierwsze piętro willi.

Dopiero w domu to wszystko do nas dotarło i sprawiło, że krzycząc i podskakując, całując się i obejmując, daliśmy ujście naszym emocjom.
Zanim się przeprowadziliśmy, poszliśmy z kwiatami i czekoladkami przedstawić się tej emerytowanej nauczycielce. Wizyta była bardzo miła, choć pani Michalina odmówiła przyjęcia pralinek.
– Jestem uczulona na czekoladę – poinformowała, spoglądając na nas ze smutkiem. – Ale tak się cieszę, że pozwalacie mi tu zostać – ciągnęła. – Naprawdę, gdyby nie wasza dobra wola, nie wiem, gdzie bym poszła…
– Ależ to był podstawowy warunek mojej cioci Walentyny – poczułam się w obowiązku wyjaśnić sytuację.
– Walusia!... – westchnęła pani Michalina, a oko jej zaszło mgłą. – Kto by przypuszczał, że będzie pamiętała o starej nauczycielce?
Po miłej godzinie wyszliśmy. Pani Michalina była już rzeczywiście wiekowa, miała dziewięćdziesiąt trzy lata, gdzie by się podziała, gdyby ciocia Walentyna o niej nie pomyślała?!

Dom nas zachwycił! Parter był obszerny, czteropokojowy, większy niż góra, gdzie były tylko dwa pokoje. A pani Michalina wydała nam się uosobieniem ciepła.
Tydzień później wprowadziliśmy się. Nasze klamoty, które zupełnie przytłaczały tę obskurną stancję, tu ginęły po kątach. Kuchnię mieliśmy dużą, że można było w niej tańczyć, dwa pokoje ogromne i dwa mniejsze. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście!
Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy butelce wina, rozejrzałam się dookoła.

– Czym my zapełnimy mieszkanie? – zatroskałam się wesoło. Przestrzenie nowego lokum mnie zachwycały.
Janka najwyraźniej też, bo odparł:
– Ze wszystkim sobie poradzimy.
Podchmieleni winem i szczęściem poszliśmy wcześnie do łóżka, wymieniając znaczące spojrzenia.
W nocy obudził nas jakiś hałas. Poderwaliśmy się na równe nogi! Bębnienie dochodziło z rur centralnego ogrzewania.
– To chyba pani Michalina wali – szepnął Janek. – Coś musiało się stać.
Pognaliśmy więc na górę. Pani Michalina stała w drzwiach z zatroskaną miną i obrzękniętą twarzą.

– Co się stało?! – zawołaliśmy chórem.
– Och, moje dzieci kochane, trzeba wezwać lekarza, mam wielkie duszności – wyjaśniła.
Odniosłam wrażenie, że kobieta ledwo trzyma się na nogach. Bez namysłu zbiegłam na dół po telefon, widząc kątem oka, jak Janek bierze staruszkę na ręce i wchodzi do jej mieszkania.
Pogotowie zjawiło się kilkanaście minut później. Lekarz osłuchał babcię i oznajmił, że serce pracuje normalnie, a potem zapytał:
– A co pani jadła na kolację?
Babcia zrobiła minę tak zawstydzoną, że poczułam żal.
– No… – wyznała – zjadłam kilka czekoladek przed snem…
– Przecież jest pani uczulona – zauważył łagodnie mój mąż.
Pani Michalina spojrzała na nas błagalnie.
– Nie mogłam się oprzeć… – Złożyła ręce jak do modlitwy.

Ujęła nas tym wyznaniem. Podczas gdy lekarz aplikował staruszce zastrzyk, ja głaskałam ją pocieszająco po dłoniach.
– Gdyby się coś działo, proszę dzwonić. Ale nie przewiduję komplikacji. Pani dostała silny środek odczulający – powiedział lekarz.
Oboje z Jankiem też zbieraliśmy się do wyjścia, było już po trzeciej w nocy. Babcia przytrzymała moją rękę.
– Zostań trochę ze mną, kochana – poprosiła. – Masz takie dobre spojrzenie.
Zostałam, aż zasnęła, choć oczy mi się kleiły.
Rano zdążyłam tylko wziąć szybki prysznic, wypić mocną kawę i pobiegłam do pracy.
– Wiesz – przywitał mnie Janek, gdy wróciłam do domu – teraz możemy wreszcie przygarnąć pieska! Wybierzemy się dziś do schroniska?

– Oj, dziś nie – powiedziałam. – Jestem wykończona po tych nocnych wydarzeniach.
Nazajutrz jednak sama podjęłam temat. Od tak dawna marzył nam się pies.
– Jak się uwiniesz z robotą, to możemy dziś pojechać do schroniska – oznajmiłam radośnie.
– To super! – Uśmiechnął się mąż. Nagle się zamyślił. – Wiesz, może wypada uprzedzić panią Michalinę, że do domu przybędzie nowy lokator? – Podrapał się po głowie.
– Tak, masz rację. Chodźmy do niej.
Wypadało zatroszczyć się o komfort staruszki.
– Pieska? – odparła babcia z niewyraźną miną. – No… ale on zagryzie moją Becię! – rzuciła gwałtownie.
– Becię? – zapytaliśmy jednocześnie.
– Tak… Mam kotkę, nie poznaliście jej, bo wczoraj miała wychodne. Latała po ogrodzie za kocurami – zachichotała. I rozglądając się, zawołała: – Becia! Becia, kici, kici…

Becia dała się nam we znaki

W progu stanął kot. Był ogromnych rozmiarów, dwa razy większy, niż zwykle koty bywają.
– Ooo… – zdołałam tylko wykrztusić, bo Becia wyglądała tak, jakby raczej to ona mogła zrobić krzywdę pieskowi. – No… no, ładny kotek – poprawiłam się zaraz. – I dobrze odżywiony. – Powiodłam wzrokiem po gigantycznej Beci.
– Ach, nie! – zaśmiała się staruszka. – Taka tłusta, bo jest przy nadziei – wyjaśniła.
Czułam żal, że nie możemy wziąć wymarzonego psa i chciałam wyjaśnić, że przygarniemy takiego, który na pewno nie zrobi Beci krzywdy, ale Janek się podniósł.
– No tak – powiedział łagodnie. – To my już pójdziemy. – I nim zdążyłam otworzyć usta, wyprowadził mnie na schody. – Daj spokój – szepnął, obejmując mnie. – To staruszka, stoi nad grobem. Czekaliśmy tyle czasu, to poczekamy jeszcze trochę.
„No cóż. Ostatecznie ta willa mogła nam się wcale nie trafić”, westchnęłam w duchu.

Becia dała się we znaki już nazajutrz. Wyszłam na korytarz, żeby się ubrać do pracy, kiedy drapała akurat pazurami po moim płaszczu. Wzięłam go do ręki – nie nadawał się do wyjścia. Pozadzierany, postrzępiony na dole. Mój nowy płaszcz! Zgrzytnęłam zębami. Założyłam żakiet i pognałam, bo już było późno.
Wieczorem oznajmiłam Jankowi, że musimy trzymać rzeczy w naszym mieszkaniu.
Kilka dni później okazało się, że to się na nic nie zdało. Becia nasikała Jankowi do butów. Smród był nie do wytrzymania.

– Ale jak to możliwe? – zastanawiał się mąż. – Przecież stały u nas.
Sprawa się wyjaśniła chwilę później, gdy ujrzeliśmy Becię łażącą po blacie naszej kuchennej szafki.
– Wlazła przez okno – stwierdził Janek. – No, ale nie sposób przecież nie otwierać okien. – Rozłożył bezradnie ręce.
Ja też byłam bezradna. Uznaliśmy, że nie ma wyjścia, tylko trzeba poprosić babcię, by pilnowała Beci.
– Upilnować? Becię?! – zawołała pani Michalina rozbawiona. – To widać nigdy nie mieliście kota!
Wyszliśmy więc, nic nie wskórawszy...
– I psa też nie będziemy mieć – warknął pod nosem Janek.
Z pokoju dobiegł nas słodki głosik pani Michaliny:
– Co mówiłeś, kochanieńki? Co?

Babcia też dawała nam popalić

We znaki dawała nam się nie tylko Becia. Babcia, choć nie była głucha i potrafiła usłyszeć każdy szelest, nastawiała na cały regulator radio, a kiedy tłumaczyliśmy, że Janek pracuje w domu i hałas mu przeszkadza, odpowiadała rozbrajająco:
– Kiedy ja nie słyszę – kłamała w żywe oczy. – Nie odbierajcie mi tej jedynej radości. – Patrzyła łagodnym, proszącym wzrokiem.
Janek przeniósł się z laptopem do pobliskiej biblioteki uniwersyteckiej.
Czas płynął. Siedzieliśmy z zatyczkami w uszach nie tylko z powodu bębniącego radia, ale też gwiżdżącego po piętnaście minut czajnika. Co dwa tygodnie kupowaliśmy nową wycieraczkę, na którą regularnie sikała Becia. Babcia Michalina waliła w rury z byle powodu, wzywając nas tym sposobem na górę. Chcieliśmy kupić jej komórkę z dużymi przyciskami i zakodowanym naszym numerem, żeby wreszcie przestała nam łomotać w te rury, ale powiedziała, że źle słyszy.

Źle słyszy! Akurat! Jeśli chcieliśmy powiedzieć sobie coś intymnego, musieliśmy szeptać, inaczej babcia nas podsłuchiwała i w dodatku wszystko komentowała, gdy się spotykaliśmy!
To były moje urodziny. Postanowiliśmy je uczcić kolacją z winem w restauracji.
Gdy wróciliśmy do domu, nastroje mieliśmy szampańskie. Janek, który trochę za dużo wypił, zaraz się położył, a właściwie dość głośno zwalił na łóżko. To był pierwszy głośniejszy dźwięk z naszego mieszkania, a mimo to natychmiast dało się słyszeć walenie w rury.

– A taka niby głucha! – rzucił na całe gardło mój wściekły mąż.
– Ciii! – Przyłożyłam palec do ust. – Jeszcze usłyszy!
– A niech słyszy! – zawołał jeszcze głośniej. – Mam tej staruchy powyżej uszu – dodał ze wściekłością.
Kilka dni później w środku nocy znów zostaliśmy wezwani. Ale tym razem rąbaniem w sufit.
Westchnęłam. „Czego znowu?”, pomyślałam. Janek, który też się przebudził, warknął, że nie pójdzie. Opatulił głowę kołdrą i po chwili usłyszałam, jak chrapie. Wściekła zgramoliłam się z łóżka i powlekłam na górę.

Starsza pani naprawdę potrzebowała naszej pomocy

Już od progu zorientowałam się, że coś się dzieje. Babcia zwykle była bardzo rozmowna. Tym razem leżała na wznak pod kołdrą, dyszała, a w prawej ręce trzymała na kołdrze kij od szczotki. Podeszłam i zbadałam puls. Był słabiutki i nierówny. Zbiegłam więc na dół.
– Janek! Janek! – Zaczęłam tarmosić męża. – Obudź się, z babcią coś się dzieje. Musisz wezwać pogotowie, ja lecę z powrotem do niej.
– Co się dzieje? – warknął mąż.
– Nie wiem – zawołałam, biegnąc do drzwi – ale z trudem oddycha i puls ma jakiś dziwny!
– Pewnie się znowu czegoś nażarła. Nie zadzwonię, może wreszcie się jej pozbędziemy! – rzucił mściwie.
– Nie mów tak! – skarciłam go. – To stary człowiek. Dzwoń! – nakazałam i wybiegłam.
Babcię zastałam w jeszcze gorszym stanie. Bałam się okropnie, że mi umrze, zwłaszcza że nic innego nie mogłam zrobić, jak tylko czekać na karetkę.

– Przytul mnie – wyszeptała w pewniej chwili, więc posadziłam ją i przycisnęłam do siebie. Ale zdawało mi się, że jej to źle robi, więc położyłam ją z powrotem na poduszkach. Głaskałam po dłoni i powtarzałam współczująco:
– Zaraz będzie dobrze, zaraz przyjedzie lekarz.
Pogotowie odjechało na sygnale. Tej nocy babcia umarła. Było mi przykro, że nie pojechałam za nią taksówką. Że odchodziła w samotności.

Zostawiła dla nas testament

Po śmierci staruszki porządkowaliśmy i segregowaliśmy jej rzeczy. Przy okazji znaleźliśmy w biurku list z informacją, że staruszka zostawiła u notariusza testament.

Udaliśmy się więc do kancelarii.
– Za głęboką troskę i opiekę – odczytywała notariuszka – zapisuję pani Danusi i jej mężowi Janowi sto tysięcy złotych moich oszczędności…
Oniemieliśmy! Tyle forsy!
– Będziemy mieli za co urządzić mieszkanie – szepnął zachwycony Janek.
– Pod warunkiem, że… – odczytywała dalej notariuszka – zajmą się moją koteczką Becią i jej kociętami.

 

 

Czytaj więcej