"Wiedziałam, że tacy faceci się nie rozwodzą. Na pewno nie z powodu kochanki..."
"Nie chciałam związku z żonatym facetem. Już to przerabiałam..."
Fot. 123RF

"Wiedziałam, że tacy faceci się nie rozwodzą. Na pewno nie z powodu kochanki..."

"Kiedy Eryk powiedział mi, że ma żonę, natychmiast kazałam mu się wynosić i nigdy więcej do mnie nie dzwonić... Nie chciałam kolejny raz nabrać się na bajeczkę o nieudanym małżeństwie i rychłym rozwodzie. Tym razem jednak los mnie zaskoczył..." Karina, 32 lata

Eryka poznałam w naszej osiedlowej bibliotece. Oboje sięgnęliśmy po tę samą książkę. Wydawało mi się, że samym miejscem pierwszego spotkania przełamałam złą passę. Bo w bibliotece spotyka się chyba tylko szlachetnych, prostolinijnych mężczyzn...

Miałam pecha w miłości

Do tej pory nie miałam szczęścia w miłości. Pewnie dlatego, że dawałam się podrywać facetom wyłącznie w nocnych klubach, do których chadzałyśmy z koleżankami na sobotniego drinka. I każdy z tych facetów prędzej czy później okazywał się wielką porażką. Już taka byłam pechowa, że los stawiał na mojej drodze albo zabawowych typów, którzy nie dorośli do poważnego związku, albo takich, którzy w poważnym związku już tkwili. Związku małżeńskim. O czym nie raczyli powiadomić mnie ani na pierwszej, ani na drugiej, a czasami nawet nie na trzeciej randce. W ogóle woleli przemilczeć ten temat. Musiałabym być idiotką, żeby się nie zorientować. Jeden się nawet dla mnie rozwodził. Bo podobno nie chciał i nie mógł być ze swoją żoną. Nie kochał jej, tylko mnie, więc jak mógłby kontynuować życie w kłamstwie? Straciłam rok na mrzonkach, które nigdy nie miały stać się faktem. Zapamiętałam to sobie dobrze. Oni się nigdy nie rozwodzą. Na pewno nie z powodu kochanki. Bardzo to przeżyłam.

Zrobiłam sobie przerwę

Postanowiłam odpuścić sobie facetów i zajęłam się samą sobą. Zapisałam się do biblioteki, żeby nadrobić zaległości czytelnicze. Najpierw leczyłam się romansami, których bohaterki przeżywały to, co ja, więc nie czułam się w swoim nieszczęściu osamotniona. Potem, kiedy zamiast smutku czułam już tylko gniew, przyszedł czas na kryminały. A na koniec, już wyleczona, sięgnęłam po biografie. Tak jak Eryk... Zaczęło się od życia i twórczości Romana Polańskiego. Książka była jedna, a Eryk wspaniałomyślnie dał mi pierwszeństwo. Porozmawialiśmy chwilę o literaturze, a że rozmowa okazała się nadzwyczaj interesująca, przyjęłam zaproszenie na kawę do pobliskiej cukierni. Spodobał mi się. Bardzo. Był w moim typie, miał cudownie gęste i czarne jak smoła włosy, a ja uwielbiałam brunetów. Jego wnętrze okazało się równie interesujące. Żałowałam, że nie wziął ode mnie telefonu... Spotkaliśmy się jednak znowu. Już nie w bibliotece, ale na ulicy. Pomyślałam, że może jednak los mi sprzyja. Że w końcu znalazłam tego właściwego.
– Witam piękną wielbicielkę pięknej literatury – ucieszony Eryk powitał mnie miło.
– Gdybyś wiedział, co jeszcze niedawno czytałam... – uśmiechnęłam się.
– Co takiego? – Melodramaty i kryminały klasy B. W ramach terapii.
– Terapii?
– Po nieudanym związku...
– Musisz mi zdradzić tytuły...
– Czyli ty też masz ten problem? – popatrzyłam na niego uważnie.
– Pójdziemy na kawę? – zapytał, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.
Poszliśmy. I naprawdę długo nie mogliśmy się rozstać. Dlatego później nie musiał mnie długo namawiać na spacer po parku. Kiedy zmarzliśmy, odprowadził mnie do domu. Wtedy ja nie musiałam go długo namawiać, żeby wszedł na górę.
– Zrobię nam herbaty z sokiem malinowym. Musisz się rozgrzać. 

Już kiedyś to słyszałam

Nie wypiliśmy tej herbaty. Rozgrzały nas namiętne pocałunki. Kiedy jednak zrobiło się naprawdę gorąco, Eryk nagle oderwał się ode mnie.
– Muszę ci coś powiedzieć.
– Co takiego?
– Ja... Nie chcę zaczynać czegoś wielkiego od tajemnic.
– Czegoś wielkiego? – zmrużyłam zalotnie oczy.
– Mam taką nadzieję. Poczułem ją, kiedy cię zobaczyłem. Coś mi podpowiadało, że stoi przede mną ta właściwa kobieta.
– Może dlatego, że spotkaliśmy się w bibliotece? – zaśmiałam się, ale zaraz spoważniałam, bo on był poważny.
– Karina, ja jestem żonaty – wyznał.
– Co?! – to nie był krzyk. To był wrzask.
– Ejże, spokojnie... – przestraszył się, próbował wziąć w mnie w ramiona, ale brutalnie go odepchnęłam.
– Ty też? Boże, nie wierzę... Dlaczego zawsze trafiam na takich łajdaków?
– Karino, ja się rozwiodę. To już się zaczęło. Cały ten proces jest w toku.
– Stop! – podniosłam rękę. – Nie chcę tego słuchać.
– Ale dlaczego?
– Dlaczego? Bo już się nasłuchałam podobnych bzdur. Rozwodzisz się? Z jakiego powodu? Bo co?
– Bo jej nie kocham.
– Od kiedy mnie spotkałeś w bibliotece, czy może wcześniej to stwierdziłeś?
– Dużo wcześniej... – westchnął. – Karina, ja nie jestem z takich. Nigdy nie zdradziłem żony. I nie miałem takiego planu wtedy, kiedy spotkałem ciebie. To na mnie spadło. Akurat w tym momencie, ale nic na to nie poradzę! Rozwiodę się, zobaczysz. Nie chcę i nie mogę już z nią żyć.
– Proszę cię, wyjdź stąd. Po prostu zostaw mnie w spokoju – osunęłam się na krzesło. Już to kiedyś słyszałam.
– Karina...
– Proszę, wyjdź!

Czy powinnam mu zaufać?

Kiedy zatrzasnął za sobą drzwi, rozpłakałam się. Dlaczego zawsze lokowałam uczucia tam, gdzie nie powinnam? Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że tym razem nie zdążyłam się zaangażować. Dwa spotkania to niewiele, da się zapomnieć. Albo wmówić sobie, że to tylko sen. Piękny sen, z którego już się obudziłam. Właśnie tak. Eryka nigdy nie było... Ale Eryk był. A przynajmniej było coś w nim. Coś, co nie pozwoliło mi o nim zapomnieć. Ciągle czułam smak jego pocałunków. Słyszałam jego słowa, widziałam te poważne oczy, kiedy mówił o żonie i rozwodzie. Eryk kompletnie nie pasował do wizerunku lowelasa i zdrajcy. A może popełniłam błąd, wyrzucając go wtedy z mojego życia? Może powinnam mu zaufać?
– Ale nie zaufałam. Koniec, kropka – mamrotałam do siebie pod nosem. – I już nigdy się nie dowiem, czy słusznie. Minęło kilka miesięcy. Nadal wiodłam samotne życie starej panny. Przynajmniej nie cierpiałam. Mogłam za to jeść pizzę w łóżku i czytać książki całe noce. Którejś soboty dzwonek domofonu wyrwał mnie z głębokiego snu, w który zapadłam po takim czytelniczym maratonie. Zerknęłam na zegar. Wybiła dwunasta w południe. Pojęcia nie miałam, kogo licho niosło w wolny dzień. Okazało się, że kuriera. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam wielki bukiet czerwonych róż. Ależ niespodzianka! Niecierpliwie rozerwałam załączoną kopertę, rozłożyłam złożoną na cztery części kartkę. To był odpis wyroku rozwodowego! Eryka i Elżbiety! Omal nie zemdlałam!
– Więc jednak nie kłamałeś... – wyszeptałam, wtulając nos w różane pąki. – Zrobiłeś to. Na dole dokumentu ktoś zapisał numer telefonu. Ktoś, czyli Eryk. Nie wahałam się ani chwili. Zadzwoniłam. A on natychmiast odebrał.
– Czyli możemy zacząć wszystko od początku? – zapytał. 
Poprosiłam, żeby przyjeżdżał do mnie jak najszybciej.

Czytaj więcej