"Byłam krótko po ślubie, gdy zakochałam się do szaleństwa w innym mężczyźnie"
Miałam wrażenie, że nigdy wcześniej z nikim nie kochałam się naprawdę.
Fot. 123RF

"Byłam krótko po ślubie, gdy zakochałam się do szaleństwa w innym mężczyźnie"

W pewnym momencie swojego życia zrozumiałam, że nie mam co liczyć na wielkie uczucie. Postanowiłam nie czekać na miłość i wyszłam za mąż za mężczyznę, z którym się przyjaźniłam. Wkrótce przekonałam się, jak bardzo przewrotny bywa los... Karolina, 37 lat

Chociaż pierwsze dziecko urodziłam już w wieku 17 lat, nigdy nie wiedziałam, czym jest miłość. Anię kochałam całym sercem, od kiedy tylko zaszłam w ciążę, ale mam na myśli miłość damsko-męską. Mój ówczesny chłopak wyparował jak kamfora. Rodzina nie miała mnie za kogo wydać, więc stałam się czarną owcą. Sądziłam, że pokocham kogoś, gdy trochę dojrzeję, ale mijały lata, a ja ciągle byłam sama.

Wciąż czekałam na miłość

Tymczasem Ania rosła jak na drożdżach – poszła do przedszkola, potem do komunii, skończyła podstawówkę, a ja wciąż byłam sama. Mijał rok za rokiem, koncentrowałam się na codziennych obowiązkach, nie czułam się ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Wciąż czekałam na miłość mojego życia. Dlaczego inne kobiety z dziećmi potrafiły sobie kogoś znaleźć, a ja nie? Co takiego we mnie było? A może byłam zbyt wybredna? Gdy przekroczyłam 35. rok życia, zrozumiałam, że nie mam szans na wielkie, romantyczne uczucie. Ania była już pełnoletnia, znalazła sobie chłopaka, zakochała się, promieniała. Wtedy podjęłam decyzję: wyjdę za pierwszego mężczyznę, który mi się oświadczy. Nie będę już więcej wybrzydzać, wymigiwać się, uciekać i odmawiać. Bo przecież przez ten czas wielu mężczyzn kręciło się wokół, ale mnie zawsze czegoś brakowało. Miłości. Prawdziwej miłości. Naprawdę ich lubiłam, z niektórymi się nawet przyjaźniłam, z innymi iskrzyło, ale nigdy nie było to nic głębokiego, zapierającego dech w piersiach. A ja chciałam więcej!

Idealny kandydat na męża?

Po czasie uświadomiłam sobie, że moje „więcej” jest czymś nierealnym i że miłość po prostu się rodzi z przyjaźni, ze wspólnego życia, doświadczeń, pokonywania problemów. Dlatego, gdy pojawił się Marcin, byłam zdecydowana na poważny związek. Miał to, co trzeba: dobre serce, czyste intencje, poczucie humoru, klarowną wizję przyszłości. Miał także pieniądze i był przystojny. Jasne, że miał też i wady. I małą bliznę przy lewym oku, której jakoś nigdy nie umiałam polubić. Ale po ośmiu miesiącach spotykania się, zdecydowaliśmy się na ślub.

Nowe życie w... Bieszczadach

Jakiś czas później Marcin obwieścił mi, że właśnie postanowił przewrócić całe nasze życie do góry nogami. – Chciałbym, żebyśmy sprzedali nasze mieszkanie i przeprowadzili się w Bieszczady. Kupimy tam sobie mały drewniany domek, zasadzimy kwiaty. Co ty na to? Hmm... kiedyś rozmawialiśmy o tym, jak miło byłoby mieszkać w Bieszczadach, ale sądziłam, że to tylko marzenia. I co powiedziałam Marcinowi? Że właśnie o tym marzę. O mężu, domku w górach, łące za oknem, szmerze przepływającej rzeki.
– To będzie dobre miejsce na wychowywanie dziecka – dodał jeszcze Marcin.
– A praca? A nasze dotychczasowe życie? – spytałam, bojąc się nieznanego.
– Praca ci nie będzie potrzebna, gdy zajdziesz w ciążę, moja księżniczko. O pieniądze się nie martw. Ja się wszystkim zajmę.
– To zmieniamy całe swoje życie?
– Tak – powiedział Marcin. – Caluteńkie. Zobaczysz, będziesz przeszczęśliwa. Zadrżałam. Na razie byłam przerażona. Nie sądziłam, że Marcin wypowiada prorocze słowa...

Nasza wioska znajdowała się tuż przy ukraińskiej granicy. Pół roku później znałam już wszystkie jej tajemnice. Był maj. Było ciepło i zielono. Kwiaty kwitły, a ptaki śpiewały. Ale nie czułam się jak w raju. Marcina całymi dniami nie było w domu, a ja siedziałam sama jak palec. W czasie przeprowadzki posprzeczaliśmy się. W ogóle dużo się sprzeczaliśmy. Całkowita zmiana wyostrzyła nasze cechy charakteru – moją lękliwość, jego brawurę, moją zachowawczość, jego spontaniczność. Nie wiedziałam, czy podoba mi się życie, w którym za całe towarzystwo mam zdziczałe koty, góry i co najwyżej grupę turystów za płotem. Nawet zasięg telefonu był problemem... A cała rodzina i Ania zostali na drugim końcu Polski – w Szczecinie. Podróż tam to była prawdziwa wyprawa.

Spotkanie na dzikiej łące

Frustracja we mnie narastała, przestałam myśleć o dziecku. Poprztykani nawet nie mieliśmy ochoty na seks. Wszystko przybrało zły obrót. Małżeństwo, które miało mi przynieść szczęście i odmianę, owszem, przyniosło odmianę – byłam rozgoryczona i nieszczęśliwa. Blizna Marcina drażniła mnie coraz bardziej. Tak samo jak jego pomysły. Jedyne, co mi zostało, to spacerowanie po okolicy. Na pewnej dzikiej łące spotkałam Jurka. Leżał pod jabłonią, półnagi, żuł źdźbło trawy.
– Turystka? – spytał, gdy przechodziłam.
– Miejscowa, ale nowa – odpowiedziałam i podeszłam. Miło było porozmawiać z kimś w tej głuszy.
– Usiądź – wskazał miejsce obok siebie, po czym szybkim ruchem podał mi swoją kurtkę, żebym na niej usiadła.
– To jak ci się u nas mieszka? Nim się zorientowałam, rozmawiałam z nim o całym życiu. O mojej frustracji i rozczarowaniu. O tym, że wszystko się zmieniło, a ja się nie mogę pozbierać. Że męża prawie nie ma w domu, a ja po kilku miesiącach od ślubu zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens.
– Jesteś piękna – powiedział na podsumowanie naszej rozmowy Jurek. – Muszę już iść. Czasem tu przychodzę, może się jeszcze spotkamy?
– Byłoby miło – odpowiedziałam. Pochylił się w moją stronę i pocałował mnie w policzek.
– Bądź szczęśliwa, Karolino – powiedział i zniknął.

Flirtuje czy żartuje?

Zobaczyliśmy się następnego dnia rano – w jedynym sklepie, jaki tu był. Chciałam kupić proszek do prania, ale nie udało się. Zirytowało mnie, że na tym odludziu nawet proszek może być rarytasem.
– Mam w domu całą nową paczkę – powiedział Jurek. – Mogę ci odstąpić. Chodź, przy okazji zobaczysz, gdzie mieszkam. Szliśmy drogą w słońcu. Jurek opowiadał mi o okolicy, ziemia pachniała wiosną, wiał delikatny wietrzyk. Zapragnęłam, aby ta chwila trwała. Była piękna. Z Jurkiem u boku czułam się podekscytowana.
– A ty? Nie pracujesz? Dlaczego rano nie jesteś w pracy?
– Ja? – zdziwił się on. – Prowadzę nietypowe życie. Trochę studiuję, zarabiam, prowadząc warsztaty ekologiczne albo inne. Gdy trzeba, jadę pracować na budowach. Na brak pieniędzy się nie uskarżam. Raz nawet wygrałem kilkanaście tysięcy w lotka, dasz wiarę? Spojrzałam na niego i doszłam do wniosku, że dam wiarę we wszystko, co mówi.
– To ile ty masz właściwie lat? – spytałam niepewnie.
– Dwadzieścia sześć – odpowiedział. – A ty?
– Trzydzieści sześć – odpowiedziałam rozczarowana. – Jestem od ciebie dziesięć lat starsza. Moja córka już planuje ślub – dodałam.
– A chcesz mieć jeszcze dzieci? – zapytał znienacka. – Bo ja chcę. I myślę, że całkiem fajnie byłoby je mieć z tobą.
Aż przystanęłam. Czy on flirtuje, czy żartuje? Nie odezwaliśmy się przez dłuższy moment. Chwilę potem byliśmy u niego w domu i dostałam swoją paczkę proszku.
– Idź, wypierz koszule męża – powiedział i szybko zamknął za mną drzwi. Poczułam się bardzo dziwnie. Postanowiłam, że już się z nim nie spotkam. Po pierwsze, był młodszy o dziesięć lat. Po drugie, w błyskawicznym czasie tak bardzo mnie zaintrygował. „Ekologiczne warsztaty? Chęć posiadania dzieci? Proszek do prania? Ho ho ho, jakie romantyczne okoliczności”, ironizowałam, ale nic to nie dawało. Cały czas o nim myślałam. Nawet piorąc koszule mojego męża...

Gorący wieczór i noc

Następnego dnia Jurek sam zastukał do moich drzwi. Był już wieczór, ale Marcina wciąż nie było w domu. Pojechał do Rzeszowa i tam miał przenocować. Poszliśmy na spacer. Nagle Jurek zatrzymał się i chwycił mnie za rękę.
– Pragnę cię – powiedział, opierając mnie o drzewo w lesie.
– Karolino, Karolino, kochaj się ze mną. Zakręciło mi się w głowie. Ja też bardzo go pragnęłam, ale przecież...
– Jestem mężatką, zapomniałeś? – mówiłam, raz po raz całując jego usta, oczy, wplatając palce w jego włosy. – Nie potrafię ci się oprzeć... – wyszeptałam, dziwiąc się własnej śmiałości. Seks nigdy nie przychodził mi tak szybko. Dlaczego więc chciałam, całym ciałem pragnęłam zrobić to właśnie z nim? Szybko wracaliśmy do niego.
– Jesteś piękna, cudowna, zmysłowa. Chcę pieścić każdy centymetr twojego ciała – szeptał, obejmując mnie mocno i pewnie. Był taki piękny. Zachwycała mnie każda jego część. Nawet blizna przechodząca przez część brzucha. Z nikim nie byłam taka naturalna. Miałam wrażenie, że nigdy wcześniej z nikim nie kochałam się naprawdę. Teraz płakałam, śmiałam się, krzyczałam, wpatrywałam mu się w oczy. A on mówił, patrzył, dotykał, nie odpływał do swojego świata i nigdzie mu się nie spieszyło. 
– Pozwól się sobą nacieszyć, bogini. Noc jest długa. A my mamy przed sobą jeszcze całe życie.

Bez miłości nic nie ma sensu

O świcie byłam już zupełnie inną Karoliną. Po takiej nocy po prostu nie umiałam myśleć o Marcinie. Mimo że nie chciałam go zdradzać, zrobiłam to. Pragnęłam czuć, żyć, być tak bardzo, jak byłam przy Jurku. Zakochałam się do szaleństwa. Ja, która sądziłam, że oczekuję za wiele – w końcu dostałam tę prawdziwą miłość, i o wiele więcej! A przecież zrezygnowałam z marzeń i wyszłam za porządnego człowieka. Niestety, przy Jurku Marcin i wszystko to, co kiedykolwiek między nami było, bladło. Jurek wyznał mi miłość i poprosił, żebym z nim została.
– Ożenię się z tobą, musimy być razem. Wiem, że też tego pragniesz.
– Słuchaj, ja przecież dopiero co wyszłam za mąż. Nie mogę... – ukryłam twarz w dłoniach.
– Przecież wiesz, że bez miłości nic nie ma sensu. Kochasz mnie. A ja ciebie. A Marcina nawet prawie nie widujesz. – Ale przecież to mój mąż, przysięgaliśmy sobie wierność... – mówiłam.
Wyrzuty sumienia, poczucie obowiązku, chęć wzięcia odpowiedzialności za swoje decyzje – wszystko to nakładało się na szaleńczą miłość do Jurka. Rozsądek podpowiadał mi, że znam go zbyt krótko. Czy po takim okresie można przewracać swoje życie do góry nogami? I to tylko dlatego, że był czuły i namiętny? A może to chwilowe? Był młodszy, szalony, zarabiał w niestandardowy sposób, cały był niestandardowy. A może zostawi mnie tak, jak ojciec Ani zostawił mnie dwadzieścia lat temu?

A jednak dałam się ponieść tej namiętności. Zaczęłam zdradzać Marcina z Jurkiem. Czy mąż niczego nie zauważył? Boże, co za ironia losu spotkać mężczyznę swojego życia niecały rok po ślubie. Na rękę mi były częste wyjazdy Marcina do Rzeszowa. Gdy przyjeżdżał, to zawsze z kwiatami, prezentami, przestaliśmy się sprzeczać. Był miły, słodki, rozpieszczał mnie jak w naszych miesiącach narzeczeństwa, ale... nie chciał się ze mną kochać. Było mi to nawet na rękę. Żyliśmy w symbiozie. Tym bardziej nie chciałam tego wszystkiego psuć. Dlatego byłam bardzo dyskretna. Spotkania z Jurkiem ograniczyłam do minimum, ale gdy tylko się widzieliśmy, rzucaliśmy się na siebie jak wygłodniałe zwierzęta. Miałam największy w życiu dylemat moralny. Zastanawiałam się, czy Marcin coś podejrzewa, skoro tak się zmienił... Czułam jednocześnie ulgę i strach.

Byłam całkowicie rozbita

Któregoś dnia dotarło do mnie, że podwójne życie mnie zabije. Czułam się w obowiązku być z Marcinem, którego nadal szanowałam, za którego wyszłam i któremu ślubowałam, że go nie opuszczę aż do śmierci. Oznajmiłam to Jurkowi.
– Karolino, kocham cię. Błagam, przemyśl to jeszcze. Nie zmuszę cię do niczego, ale pragnę być z tobą do końca życia. Łzy lały mi się po twarzy strumieniami. Prosiłam Jurka, żeby wyjechał na jakieś warsztaty albo na budowę, a jednocześnie marzyłam, żeby mnie porwał, uprowadził, wsadził w samochód i wywiózł na koniec świata.
– Dobrze. Wyjadę. Ale jeśli myślisz, że nigdy nie wrócę, to się mylisz. Będę dzwonił. Będę pisał. Będę cię kochał. Chcę mieć z tobą dzieci. Wyjechał.

Ślubowałam sobie, że nie odbiorę od niego telefonu, nie odpiszę na esemesa. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby wrócić do Marcina. Żeby być przykładną żoną. Po dwóch tygodniach od wyjazdu Jurka odkryłam, że jestem w ciąży. Wiedziałam, że niemożliwe, bym była w ciąży z Marcinem. Nie spaliśmy ze sobą od kilku miesięcy. „No i stało się...”, pomyślałam z ironią. „Marzenie Jurka o dziecku się spełniło. Ciekawe, co na to Marcin? Czy będzie awantura? Czy będę musiała odejść? Na nic moje staranie, żeby zostać przy mężu...”

Czułam się rozbita, ale już gdzieś w środku kiełkowało we mnie szczęście – będę mieć dziecko z mężczyzną, którego kocham! Nie wiedziałam, jak to powiem mężowi. Czy potraktuje mnie jak ostatnią latawicę, będzie ciągał po sądach albo nie da rozwodu? Nagle przestało mnie to martwić. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam do Jurka. Ale się nie dodzwoniłam. Był poza zasięgiem sieci. W poczcie elektronicznej znalazłam od niego wiadomość, że chwilowo jest niedostępny, trafiła mu się okazja wyjazdu do Norwegii. Na miesiąc. Ale że wróci, bo mnie kocha, tylko że przez jakiś czas może mieć utrudniony kontakt ze mną. Usiadłam zmartwiała. Tego się nie spodziewałam. Jeden w Rzeszowie, drugi w Norwegii. Postanowiłam zaczekać.

Wracaj, mój kochany

Marcin wciąż był gościem w domu, ale miłym gościem. Ja jednak ciągle nie wiedziałam, jak powiedzieć mu, że jestem w ciąży z innym mężczyzną... Pierwszy tydzień marca spędziliśmy razem. Jurek wciąż się nie odzywał, jego komórka milczała. Nie napisałam mu przez internet, że zostanie ojcem. Nie chciałam, żeby ktoś przypadkowy to przeczytał. Dnie mijały, zaczęłam wymiotować co rano, Marcin znów zrobił się odległy i ponury. Aż w końcu powiedział:
– Karolino, musimy poważnie porozmawiać. Zadrżałam. Wiedziałam, że zauważył. Moje wymioty, nastroje, zaokrąglony już brzuch... Musiałby być ślepy, żeby nie zauważyć. Usiedliśmy przy stole, ręce miałam lodowate ze zdenerwowania. – Nie będę owijał w bawełnę – mąż zmierzył mnie wzrokiem. – Kiedy wyjeżdżałem do Rzeszowa, a ty tu byłaś sama przez tyle dni, to... Czy teraz mam mu powiedzieć o Jurku i ciąży? Uprzedzić jego cios?
– Kiedy tu byłam sama... – zaczęłam nieśmiało, ale on podniósł rękę, przerywając mi.
– Zakochałem się tam w innej kobiecie. Jest cudowna. Spodziewamy się dziecka.

Z wrażenia zasłabłam. A gdy się ocknęłam, dzwonił mój telefon. To był Jurek, który w końcu mógł się ze mną porozumieć.
– Wracaj – wyszeptałam. – Będziemy mieli dziecko. Marcin odchodzi do innej kobiety. Da mi rozwód za porozumieniem stron.

Trzy tygodnie później obudziłam się w ramionach Jurka. Za oknem widziałam zielone liście, obok na poduszce ukochaną twarz. Pogłaskałam brzuch, przewróciłam się na drugi bok. Wiedziałam, że teraz wszystko jest na swoim miejscu. Gdy już zwątpiłam w miłość, miłość niespodziewanie do mnie przyszła. Byłam przeszczęśliwa, dokładnie tak, jak przepowiedział to mój już prawie eks-mąż. 

Czytaj więcej