"Byłam czterdziestoletnią singielką, gdy zakochałam się w jedną noc"
„Czy to możliwe, że zakochałam się w jedną noc - zastanawiałam się w myślach".
Fot. 123RF

"Byłam czterdziestoletnią singielką, gdy zakochałam się w jedną noc"

"Najpierw myślałam o nauce i karierze, potem na dziesięć lat utknęłam w związku bez przyszłości. Po zerwaniu czułam się przegrana i wykorzystana, nie liczyłam już ani na miłość, ani tym bardziej na macierzyństwo. Moje życie odmieniła jedna noc..." Agnieszka, 42 lata

Od dziecka siedziałam z nosem w książkach, a po skończeniu szkoły chciałam iść na studia. Rodzice wspierali moją decyzję, chociaż nie wszystkim się ona podobała. Pochodzę z małej wioski położonej godzinę drogi od Krakowa. Ludzie żyli tu swoim ustalonym rytmem, a dziewczyny wychodziły za mąż tuż po ukończeniu szkoły.

Ludzie we wsi gadali

– Studiów ci się zachciało? – pytała nie bez złośliwości pani Ania, właścicielka centrum rozrywki. Tak mówiliśmy na jedyny we wsi sklep. – Samych rodziców zostawisz? – pokiwała głową z dezaprobatą. – Mój Maciek się za tobą oglądał, ale jak ty do miasta się wybierasz, to będzie musiał inną sobie znaleźć...

Na tego jej Maćka nie spojrzałabym nawet, gdybym nie miała zamiaru wyjeżdżać. Skończył technikum i niby pomagał ojcu w polu, choć tak naprawdę wolał się rozbijać jego autem po sąsiednich wioskach.
– Piątki na studiach nie tak łatwo zdobywać jak piątki w powiatowym liceum – rzuciła, wiedząc, że otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem.
– Naprawdę? – udałam zdziwienie. – Skoro tak łatwo o piątki, to dlaczego pani córka ledwo przechodzi z klasy do klasy? – poprzednie złośliwości przemilczałam, ale teraz postanowiłam się odgryźć.
– Bezczelna dziewucha – rzuciła sprzedawczyni, gdy wychodziłam z zakupami. Od tamtego czasu moi rodzice musieli jeździć do sklepu w sąsiedniej wiosce, bo pani Ania nie chciała ich obsługiwać.

Skupiłam się na nauce

Wyprowadziłam się we wrześniu i zamieszkałam w akademiku. Od samego początku skupiłam się na nauce, życie towarzyskie i uczuciowe zeszło na drugi plan. Po studiach szybko znalazłam pracę i zaczęłam piąć się po szczeblach kariery. Rodzice byli dumni, choć mama po cichu podpytywała, czy przyjadę w końcu z jakimś kawalerem. Pani Ania nie była już tak dyskretna.
– Co, starą panną ci się zostało? – bardziej stwierdziła, niż zapytała, przechodząc obok ogrodu mamy. Był weekend, wpadłam pomóc pielić rabatki. – Maciek ma już dwóch synów, a Mariolka z pierwszym w ciąży chodzi. –Wyprostowała się dumna jak paw. – A ty ciągle sama, bidulko – rzuciła nieszczerze i odeszła.
– Co za okropne babsko – westchnęła mama.
– Nie martw się, mamuś, mam dwadzieścia osiem lat, daleko mi do staropanieństwa – pocieszyłam ją, choć sama czułam lekkie ukłucie zazdrości za każdym razem, gdy dowiadywałam się, że kolejne koleżanki ze studiów stają na ślubnym kobiercu.

Nadzieja na miłość

Liczyłam, że i u mnie coś się niedługo zmieni. I zmieniło, zaczęłam spotykać się z menedżerem z sąsiedniego działu w firmie. Kilka miesięcy później zostaliśmy parą. Byłam zakochana po uszy. Wydawało mi się, że on też, więc cierpliwie czekałam na kolejny krok. Chętnie przyjeżdżał ze mną do rodziców, ale do niczego więcej się nie garnął.
– Po co nam to? – pytał, gdy próbowałam nakłonić go do kupna wspólnego mieszkania. – Przecież i tak większość czasu spędzasz u mnie. Kupisz własne mieszkanie, wtedy wprowadzisz się do mnie na stałe, a mieszkanie się wynajmie. Będziemy mieć z tego podwójny zysk. Zamieszkamy razem, a dodatkowo zarobimy na lokatorach. Miał rację, w swojej wynajmowanej kawalerce byłam gościem, większość nocy spędzałam u niego. Tłumaczyłam sobie, że Adrian lubi niezależne, samodzielne kobiety. Pracowałam więc jeszcze więcej, brałam nadgodziny, po nocach siedziałam nad projektami, by w końcu uzbierać odpowiednią kwotę na własne lokum. Kredyt dostałam tuż po trzydziestce. Zgodnie z planami Adriana wprowadziłam się do niego, a mieszkanie wynajęłam. Pamiętam, że byłam z siebie taka dumna. Wydawało mi się, że robię interes życia. Jednak czas płynął, a w moim związku nic się nie działo.

Związek na kocia łapę

Dzięki dobrym zarobkom mogłam pomagać rodzicom. Kupiłam im lepszy samochód, zapłaciłam za naprawę dachu, opłacałam coroczne wczasy nad morzem. Cieszyli się, choć nie miałam wątpliwości, że z wieści o ślubie lub chociaż o mojej ciąży cieszyliby się bardziej. Pewnego razu odwiedziłam rodziców bez Adriana. Pani Ania nie byłaby sobą, gdyby przegapiła okazję do wbicia mi szpilki.
– Furę ci taką kupił, ale ożenić się z tobą nie chce. – Stała przy płocie, gapiąc się na moje auto. Nie zamierzałam się tłumaczyć, że samochód jest mój. To nie była jej sprawa.
– Skoro już o małżeństwie mowa, to słyszałam, że Mariola się rozwodzi? Zięć już złożył pozew? Podobno mały Jasiek nie jest jego. – Tym razem moja mama postanowiła się odgryźć. Pani Anna przypominała karpia łapiącego powietrze. Próbowała coś odpowiedzieć, ale w końcu odeszła bez słowa.
– Nie znoszę powtarzać plotek – mama cała trzęsła się z nerwów – ale dziś miarka się przebrała. Sama wiesz najlepiej, jak ułożyć sobie życie. Jej słowa skłoniły mnie do refleksji. Ja wiedziałam, jak chciałabym, by wyglądała moja przyszłość, ale Adrian nie podzielał mojej wizji. Cały czas łudziłam się, że zmieni zdanie. Nawet nie wiem, kiedy minęło prawie dziesięć lat życia na kocią łapę. Po kolejnych urodzinach nie wytrzymałam i postanowiłam upomnieć się o to, na czym mi zależało.
– Ślub? Po co nam ślub? Tyle lat żyjemy bez niego i co? Źle nam? Po tym ostatnim pytaniu zawsze milkłam. Przecież faktycznie nie było nam źle. Mieliśmy wszystko. Każde z nas miało mieszkanie, samochód, wakacje spędzaliśmy w egzotycznych krajach. Czego mogło mi brakować? A jednak czułam jakiś niedosyt. Nie odpuszczałam w swoich naleganiach na zalegalizowanie związku. Osiągnęłam tyle, że Adrian uznał, że wywieram na niego presję i powinniśmy od siebie odpocząć. Wypowiedziałam umowę najmu lokatorom, spakowałam walizki i wprowadziłam się do własnych, pustych czterech ścian.

Singielka z odzysku

Byłam prawie czterdziestoletnią singielką z odzysku. Czułam się przegrana i wykorzystana. Za każdym razem, gdy odwiedzałam rodziców, czułam na sobie litościwy wzrok sąsiadów. Ponad rok zbierałam się po rozstaniu z Adrianem. W tygodniu ratowała mnie praca, w weekendy ciepły rosół u mamy. Kiedy skończyłam czterdziestkę, pogodziłam się z myślą, że na resztę życia pisana jest mi samotność.
– Daj spokój. Dzisiejsza czterdziestka, to dawna trzydziestka – pocieszała mnie Patrycja, moja przyjaciółka. – Jeszcze kogoś spotkasz – zapewniła. Nie wierzyłam, że jej słowa okażą się prorocze.
Kilka tygodni później szefostwo zorganizowało bankiet z okazji dwudziestolecia firmy. Chciałam się dobrze bawić. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz miałam okazję, by wystrzałowo się ubrać. Tamtego wieczoru wyglądałam naprawdę świetnie. Panowie patrzyli z zachwytem, panie z lekką zazdrością. Jedno spojrzenie było szczególnie intrygujące. Odkąd przekroczyłam próg restauracji, czułam na sobie wzrok postawnego bruneta. Nie wiem, czy zadziałało wino, czy jego czarne oczy, ale na moje policzki wstąpił ognisty rumieniec.
– Kto to jest? – zapytałam Patrycję, delikatnie wskazując na przystojnego mężczyznę.
– Wpadł ci w oko, co? – Moje zaczerwienione policzki nie uszły uwadze koleżanki. – To nowy nabytek w kancelarii, z którą współpracujemy. Do dzieła! – rzuciła ze śmiechem i zniknęła w tłumie gości.
– To pani jest odpowiedzialna za sukces ostatniej kampanii? – usłyszałam za sobą niski głos. Kiedy się odwróciłam, wpadłam wprost w ramiona bruneta.
– Zapraszam do tańca. – Pociągnął mnie na środek sali. Przez kolejne godziny parkiet był nasz. Czułam się jak dwudziestolatka. Wieczór zakończył się w jego sypialni. Marek był silny i delikatny jednocześnie, a ja pragnęłam bliskości. Niczego nie żałowałam, choć byłam przekonana, że to przygoda na jedną noc. Wyszłam, gdy jeszcze spał.

Prawdziwe szaleństwo

W poniedziałek wróciłam do swoich obowiązków, choć wspomnienie czarnych oczu nie dawało mi spokoju.
– Dobry wieczór – Marek czekał na mnie w garażu podziemnym. – Co powiesz na wspólną kolację? – uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana. „Czy to możliwe, że zakochałam się w jedną noc?”, zastanawiałam się w myślach. Nie czekając na odpowiedź, Marek otworzył drzwi swojego auta. Tym razem wieczór skończył się u mnie. To było prawdziwe szaleństwo, które każdego dnia przybierało na sile. Rodzicom nie mówiłam, że z kimś się spotykam, nie chciałam zapeszać.
– Chcesz mieć dziecko?... – pewnego dnia wyszeptał Marek, rozpinając mi bluzkę.
– Na to już chyba dla mnie za późno – zachichotałam nerwowo.
– To się jeszcze okaże – rzucił, kiedy opadaliśmy na łóżko.

W następnym tygodniu szef powierzył mi prowadzenie ważnego projektu. Miłość i praca tak mnie pochłonęły, że nie zauważyłam, że spóźnia mi się okres. Zorientowałam się trzy tygodnie po terminie. Z sercem w gardle zrobiłam test. Nie mogłam uwierzyć, kiedy na próbniku pojawiły się dwie różowe kreski. Trzęsącą dłonią wybrałam numer Marka.
– Jestem w ciąży – rzuciłam. Po drugiej stronie zapanowała cisza, później połączenie zostało przerwane. „Więc tak kończy się moja miłosna przygoda”, pomyślałam, szlochając. Nie wiem, ile czasu leżałam zwinięta w kłębek pod kocem, rozpaczając. Z letargu wyrwało mnie natarczywe pukanie. Nie miałam ochoty nikogo widzieć, ale natręta nie dało się zignorować. Zwlokłam się z łóżka i otworzyłam drzwi. W progu stał Marek. Ledwie go było widać zza gigantycznego bukietu kwiatów.
– Wpuścisz mnie? – Przesunęłam się w głąb korytarza, robiąc mu miejsce. – Wyjdziesz za mnie? – klęknął, sięgając do kieszeni marynarki. Patrzyłam na pierścionek z niekłamanym zachwytem i rozpłakałam się po raz kolejny, choć tym razem z zupełnie innego powodu.

 Ludzie ze wsi znów mieli o czym gadać

Nasz ślub odbył się dwa miesiące później. Jedynymi gośćmi byli nasi rodzice, rodzeństwo Marka, jego najlepszy przyjaciel i Patrycja. I choć było zupełnie inaczej niż w moich marzeniach, było cudownie. Po powrocie z podróży poślubnej odwiedziliśmy rodziców. Mojego odmiennego stanu nie dało się już ukryć. Mama podała kawę w ogrodzie, co nie uszło uwadze pani Ani.
– Gratuluję, Agnieszko – uśmiechnęła się krzywo, podchodząc do płotu.
– Dziękuję – odparłam, nie do końca wierząc w jej dobre słowo.
– Choć w tym wieku to się na wnuki czeka, a nie dzieci rodzi – rzuciła na odchodne.
– Ludziom się nie dogodzi – stwierdziła moja mama, nalewając kawę do kubków.
– Ale dobrze wiedzieć, że sąsiadka jak zawsze w formie – zakończyła, z czułością głaszcząc mnie po okrągłym brzuchu. 

 

Czytaj więcej