"Nie wierzyłam, że pokocha mnie dużo młodszy mężczyzna... Czy może nam się udać?"
Zakochałam się w młodszym mężczyźnie.
Fot. 123RF

"Nie wierzyłam, że pokocha mnie dużo młodszy mężczyzna... Czy może nam się udać?"

Od kiedy mój mąż odszedł do innej, bardzo tęskniłam za miłością. Swoją samotność zagłuszałam pracą, zakupami i winem. Przez lata nie spojrzał na mnie żaden mężczyzna. Aż w końcu zjawił się Marek, wspaniały, czuły i... dużo młodszy. Boję się, że nie mam prawa do tej miłości. Że jest już za późno... Hanna, 40 lat.

Marka poznałam prawie dwa lata temu. Był październik, bodajże piątek, a ja wybrałam się do hipermarketu... Tak, dobrze pamiętam, jaki był dzień tygodnia. Zawsze w piątki jeździłam na zakupy, wolałam chodzić po sklepach, niż spędzać samotny wieczór w domu. Od rana w każdy piątek czułam się podle. Widziałam, jak koleżanki w biurze odliczają godziny do końca pracy, planują wieczór, umawiają się ze znajomymi albo rezerwują bilety do kina. Ja byłam samotna. Nie mam dzieci. Nie miałam mężczyzny, z którym mogłabym iść na film, ani przyjaciółki, z którą umówiłabym się na plotki.
Mój mąż odszedł ode mnie do innej kobiety kilka lat wcześniej, a dawne koleżanki wiodły zupełnie inne życie niż ja.
Chodziły na wywiadówki do swoich dzieci, prały skarpetki mężów, a na babskich spotkaniach wymieniały się przepisami na serniki. Pasowałam do nich jak kwiatek do kożucha, bo ja tak naprawdę mogłam opowiadać o pracy. Tylko tym żyłam. Nienawidziłam weekendów i długich samotnych wieczorów. Oszukiwałam siebie, jak tylko mogłam. Zakupy przeciągające się do późna, co rusz nowe studia podyplomowe. Żeby tylko czymś zająć głowę.

Stłuczka na parkingu

W ten październikowy piątek, kiedy poznałam Marka, musiałam być wyjątkowo zamyślona, bo wyjeżdżając ze swojego miejsca parkingowego, trafiłam centralnie w jakieś auto. Usłyszałam odgłos uderzenia, a po paru chwilach trzask zamykających się drzwiczek i jakiś męski podniesiony głos:
– No, do jasnej cholery! Tak czułem, że to baba! Krzyczał tak głośno, że właściwie nie musiałabym wysiadać z samochodu. Ale musiałam to zrobić... Stałam więc w tym jesiennym deszczu i próbowałam się tłumaczyć.
– Szyby mam zaparowane... Jest ciemno, mało widziałam, a że się zamyśliłam... – mówiłam, analizując szkody w aucie nieznajomego.
– Zamyśliła się pani? – prychnął. – Nie do wiary! Bo mnie się wydaje, że pani wcale nie myśli! Dopiero wtedy podniosłam na niego wzrok. Zdenerwowały mnie te nieuprzejme słowa, zwłaszcza że głos brzmiał dość młodzieńczo. „Będzie na mnie jakiś gówniarz krzyczał?!”, oburzyłam się.
– Wie pan co, nie mam czasu na wysłuchiwanie nieuprzejmości – przybrałam taki ton, jakim mówiłam do niesubordynowanych podwładnych w firmie. – Wezwijmy policję albo spiszmy protokół i po sprawie.
– Tak, czekanie na policję jest moim ulubionym zajęciem w piątkowe wieczory... – mruknął trochę już łagodniej. Wykorzystałam to. Wyciągnęłam ze swojej aktówki kartkę papieru i pośpiesznie spisaliśmy swoje dane. Wystarczyło, żebym spojrzała na dowód poszkodowanego mężczyzny. Facet nie miał nawet trzydziestki! „Będzie mi tu chłopaczek podskakiwał...”, wydęłam wargi. Na koniec wręczyłam mu jeszcze swoją wizytówkę, na której wyraźnie było napisane DYREKTOR. „Niech sobie nie wyobraża, że trafił na jakąś babę oderwaną od pługa”, odgrażałam się w myślach.

Romantyczne spotkanie

Sobotę i niedzielę spędziłam nad książkami, z moją najlepszą przyjaciółką – butelką wina. Odpychałam od siebie smutne myśli i wstyd, jaki wzbudzało we mnie wspomnienie parkingowej sytuacji. Przecież byłam naprawdę dobrym kierowcą... Chyba jako jedyna osoba w biurze lubiłam poniedziałki. Na początku tygodnia miałam mnóstwo energii, bo musiałam stawić czoła kolejnym wyzwaniom. Udowadniać przełożonym, że jestem ważna i potrzebna. Okładałam się stosami papierów, odpowiadałam na setki mejli i wykonywałam dziesiątki telefonów. Może dlatego nie zauważyłam kartki, którą zostawiła mi na biurku sekretarka. „Zadzwoń do jakiegoś Marka. Nie dosłyszałam nazwiska. Ale numer zapisałam bezbłędnie, bo sprawdził to trzy razy! Namolny jakiś. Ponoć bardzo mu zależy na spotkaniu”, przeczytałam. „Marek... Marek?”, na próżno grzebałam w pamięci. W końcu zrezygnowana sięgnęłam po telefon i wybrałam numer. Skoro to pilne...
– Halo? Słucham? – po kilku sygnałach w słuchawce usłyszałam męski głos. Od razu go rozpoznałam! Aż mnie wbiło w fotel...
– Witam pana, czym tym razem zawiniłam? – spytałam z przekąsem, bo już wiedziałam, że na linii mam młodzika z parkingu. Musiałam bardzo się pilnować, żeby nie powiedzieć do niego per ty. W końcu był ponad dziesięć lat młodszy. I do tego bezczelny.
– Mam problem z ubezpieczycielem – tłumaczył. – Chciałbym się z panią zobaczyć i wyjaśnić parę rzeczy...
– Boże... – westchnęłam ciężko. – To naprawdę konieczne? – Wiem, nie ma pani czasu, jest pani przecież dyrektorem – w jego głosie usłyszałam jakieś zabawne tony, więc się delikatnie uśmiechnęłam.
– Kiedy i gdzie? – rzuciłam. Umówiliśmy się na popołudnie. Padła nazwa lokalu, którego kompletnie nie znałam.
– Będę. Do widzenia – obiecałam. Potraktowałam to niemal jak spotkanie służbowe. Niczego wtedy nie podejrzewałam...
Wnętrze lokalu, którego adres musiałam najpierw wyszukać w internecie, bardzo mnie zaskoczyło. Pełno starych mebli, ciężkie kotary, przyciemnione światło, świece na stolikach. Było nadspodziewanie... romantycznie jak na wyjaśnienie spraw z ubezpieczycielem.
Podeszłam do stolika, przy którym siedział młodzieniec z parkingu, i zdziwiona spojrzałam na leżącą przed nim czerwoną różę. Jego spojrzenie powędrowało w tę samą stronę.
– To dla pani. Na przeprosiny – podniósł się szybko zza stołu i podał mi kwiat. – Nie byłem wtedy miły... – uśmiechnął się lekko.
– Nie trzeba było – wzruszyłam ramionami. – Trochę mi się należało... – dodałam wbrew sobie. Nie wiem, co mnie tak zmiękczyło – klimat tego ładnego miejsca, wzrok chłopaka, który patrzył na mnie, jakbym... jakbym nie miała czterdziestki na karku.
– Hmm... To co z tym ubezpieczycielem? – dociekałam, odkładając na bok różę. Była śliczna, co chwilę zerkałam na jej lekko rozchylone płatki. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio dostałam kwiaty. Na pierwszą rocznicę ślubu?
– Aaa, właściwie to już nic. Pomyłka. Nieważne – machnął ręką.
– Napije się pani kawy? Wina?
Nerwowo poprawiłam garsonkę. Zaczesałam za ucho niesforny kosmyk włosów.
– Dziękuję, ale właściwie spieszę się do domu, bo... – zająknęłam się. Spłoszyło mnie zachowanie mężczyzny, on najwyraźniej mnie podrywał. Mnie!
– Nie umie pani kłamać... – zaśmiał się cicho, a jego niski, lekko wibrujący głos spowodował, że mocniej zabiło mi serce.
– To może poproszę wodę... – szepnęłam. „Na uspokojenie”, dodałam w myślach. Jednak dałam się w końcu namówić na coś więcej. I na jednej lampce wina się nie skończyło. Kiedy po kilku godzinach opuszczaliśmy lokal, byliśmy już na ty, a ja na dodatek byłam nieźle wcięta.
– Zamówię taksówkę, odwiozę cię do domu – Marek mocno trzymał mnie za ramię. Bynajmniej nie z troski, żebym się nie przewróciła. Tak się nade mną pochylał, tak kombinował – dałabym głowę, że chciał mnie pocałować!
– Jestem duża... Znaczy dużo starsza od ciebie. Dam sobie radę – wymigiwałam się.
– Przestań się wygłupiać. I tak wiem, gdzie mieszkasz – tłumaczył, przytulając mnie. – Wszystko o tobie wiem. Numer dowodu, adres zamieszkania...
– I data urodzenia – dodałam, momentalnie trzeźwiejąc.
– A ty znasz moją! – odparował. – A mimo to zgodziłaś się na to wino. I było ci miło, przyznaj.
Milczałam. Bo co miałam powiedzieć? Że przez większą część spotkania cieszyłam się z półmroku panującego w lokalu? Bo dzięki temu moje zmarszczki wydawały się mniej widoczne. Tak się łudziłam... Ciszę przerwała nadjeżdżająca taksówka.
– Dobranoc – szepnęłam i uciekłam.

On nie jest dla mnie?

Ale ta noc nie była dobra. Najpierw przeżywałam katusze, zmywając makijaż. Z premedytacją pociągnęłam wacikiem po wszystkich swoich zmarszczkach. „Czy on jest ślepy?”, katowałam siebie. „Czego ode mnie chce?” A potem nie mogłam zasnąć... Przed oczami stawały mi obrazy z knajpki. Niemal czułam dotyk mocnych męskich dłoni, które mnie podtrzymywały. Przypominało mi się intensywnie niebieskie spojrzenie oczu Marka. „On nie jest dla ciebie, nawet o tym nie myśl”, napominałam siebie w myślach. „Boże, tyle czasu nie spojrzał na mnie żaden mężczyzna, a jak w końcu coś drgnęło, to... trafił mi się jakiś szczeniak!” Jednak już wtedy się oszukiwałam. Doskonale zdawałam sobie sprawę, jak bardzo podoba mi się Marek... I czułam, że zrobię wiele, aby podtrzymać jego zainteresowanie.
Okazja nadarzyła się dość szybko. Już dwa dni po spotkaniu w knajpce zaprosił mnie na kolację.
– Tym razem nie mam zamiaru ściemniać, że chodzi o ubezpieczenie – śmiał się do telefonu, a ja czułam, że mam gęsią skórkę. – To będzie randka – zapowiedział.
– Najprawdziwsza? – spytałam figlarnie.
– To zależy tylko od ciebie – powiedział nadzwyczaj poważnie. Zrobiło mi się gorąco. Nic nie powiedziałam. Po pracy wybrałam się na zakupy do galerii, chociaż to nie był piątek... Buszowałam między wieszakami z sukienkami. W mojej szafie królowały głównie garsonki i bluzki, a ja chciałam się pokazać Markowi z zupełnie innej strony. Kiedy już zapłaciłam za czerwoną sukienkę, niezwykle kusą jak na moje lata, i szpilki, skierowałam swoje kroki do sklepu z bielizną.
„Chyba zupełnie oszalałam!”, jęczałam w duchu, kiedy sprzedawczyni pakowała do torby fikuśne figi i skąpy, koronkowy biustonosz.
– Za każdym razem, kiedy cię widzę, wyglądasz coraz piękniej – Marek przywitał mnie komplementem. Zaczerwieniłam się. Przez całą kolację czułam na swoich odkrytych ramionach wzrok mężczyzny. Jego odważne spojrzenie wędrowało w kierunku mojego dekoltu... Niewiele zjadłam tamtego wieczoru. I chociaż od początku kolacji myślałam właściwie wyłącznie o deserze, potem... spanikowałam. Zaprosiłam Marka do siebie. Siedział rozparty na sofie w moim salonie, a ja nerwowo szukałam korkociągu, żeby otworzyć butelkę, bo tak bardzo chciałam się znieczulić... Chwilę potem siedziałam obok niego i sączyłam wino. Dłoń mężczyzny powoli zbliżała się do mojego uda, a jego usta znajdowały się coraz bliżej moich... Czekałam na ten pierwszy pocałunek. Z jednej strony tęskniłam za tymi emocjami z dawnych czasów, pragnęłam Marka jak głupia, a z drugiej... nagle sparaliżował mnie strach. Mężczyzna wyczuł to. Fala namiętności zmieniła się w czułość. Chwycił moją twarz w dłonie i złożył delikatny pocałunek na moich ustach.
– Nie musimy się spieszyć. Ja mam czas – zapewnił. Chyba wtedy uwierzyłam, że naprawdę mu na mnie zależy...

Póki co, kocham...

Długo nie wracaliśmy do tematu seksu. Jakoś tak wyszło... Nie, żebyśmy się unikali. Spotykaliśmy się często. Wyskakiwaliśmy na kawę w czasie pracy, jeździliśmy na wycieczki za miasto, na zakupy. Boże, jakie to było fajne – chodzenie w parze z wózkiem na zakupy po markecie! Nareszcie czułam, że komuś na mnie zależy. Czułam się niemal szczęśliwa. Martwiło mnie tylko jedno. Mój wiek. I wiek Marka. Ta różnica. Wydawało mi się, że kiedy ludzie na nas patrzą, widzą nie zakochaną parę, ale... matkę z synem! Bałam się, że nie mam prawa do tej miłości. Że jest już za późno... I chociaż miałam tyle wątpliwości, obsesyjnie zaczęłam o siebie dbać. Jakbym za wszelką cenę chciała zatrzymać czas. Drogie kremy, kosmetyczka, maseczki przeciwzmarszczkowe. Zdobyłam się nawet na odrobinę szaleństwa – zmieniłam swoją garderobę, bo moje dotychczasowe stroje mnie postarzały.
– Ładnie ci w pastelach – powiedziała kiedyś sekretarka. – Tak świeżo w nich wyglądasz! Wiedziałam, że nie chciała się podlizać. Bo z lustra patrzyła na mnie kobieta młodsza o dobrych kilka lat. A mimo to wciąż bałam się rozebrać przed Markiem.
Któregoś piątkowego popołudnia wpadł do mnie bez zapowiedzi. Trochę kręciłam nosem, bo byłam w dresie. Nie zdążyłam się umalować. Włosy miałam niedbale związane w koczek na karku... Nie taką miał mnie oglądać.
– Tęskniłem – oznajmił, widząc moje zdumienie. Poszłam do kuchni, żeby przygotować coś do picia. Marek ruszył za mną. Stał tak blisko, że wręcz paraliżował moje zmysły... Nagle poczułam jego dłoń na swoim karku. Był taki stanowczy! Odwrócił mnie do siebie i spojrzał głęboko w oczy.
– Kocham cię jak wariat. Mam dość czekania, rozumiesz? Ile mnie jeszcze będziesz testować? No ile? – mówił coraz szybciej. Napierał na mnie, aż brakowało mi tchu. Nagle zaczął mnie całować, jego niecierpliwe dłonie powędrowały pod moją bluzkę. Bez problemu poradziły sobie z zapięciem biustonosza. Pamiętam głupią myśl, że mam na sobie sprany stanik, a przecież w mojej bieliźniarce leży czerwony komplet przygotowany specjalnie na tę okazję. A potem zupełnie straciłam głowę...
Myślałam, że już zapomniałam, jak daje się rozkosz, ale nie. Tego się nie zapomina. Gładziłam dłonią po umięśnionych męskich plecach, jędrnych pośladkach, z rozkoszy gryzłam napięte ramię. Znowu byłam młoda...
– Jesteś taka piękna... – szepnął Marek, kiedy leżeliśmy spełnieni.
– Chyba w twoich oczach – rzuciłam gorzko.
– Nigdy dotąd nie poznałem tak wyjątkowej kobiety jak ty. Zakochałem się w tobie na tym pierwszym spotkaniu w lokalu. I wiesz co? Ciągle się boję, że nie traktujesz mnie poważnie. Bo jestem dla ciebie za młody.
– Oszalałeś? – zdziwiłam się.
– Tak, na twoim punkcie...
Czas pokaże, czy ta miłość to szaleństwo. Póki co kocham...  

Czytaj więcej