"Mężczyzna leżał nieprzytomny na ulicy. Wokół niego było mnóstwo ludzi, jednak nikt mu nie pomagał. Wszyscy przechodzili obojętnie lub zerkali w jego stronę i coś szeptali. Myśleli, że jest pijany... Wtedy przypomniałam sobie słowa mojego zmarłego męża, ratownika... Maria, 60 lat
Tego dnia wracałam do domu w niezłym nastroju, było piątkowe słoneczne popołudnie i zamierzałam je spędzić z córką, a to bardzo miła perspektywa. Gdy dochodziłam do przystanku, zobaczyłam, że ktoś leży na ziemi. „Wokół jest mnóstwo ludzi i przechodzą obojętnie, pewnie to nie jest człowiek”, pomyślałam i szłam dalej. Niepokój jednak nie dawał mi spokoju.
Mój zmarły mąż był ratownikiem medycznym i niejednokrotnie wspominał o ludzkiej znieczulicy.
– Wiesz, Marysiu, że ludzie potrafią przechodzić obok człowieka potrzebującego pomocy obojętnie? – opowiadał Staszek. – Zawsze im się wydaje, że kto inny wezwie pomoc, albo że to nie ich sprawa, a najczęściej, że skoro leży na ulicy, to na pewno naćpany albo pijany – denerwował się.
Słowa mojego Staszka dźwięczały mi w uszach, gdy coraz szybszym krokiem zbliżałam się do człowieka leżącego na ulicy. Uciekający autobus, spóźnienie na spotkanie z córką, wszystko nagle przestało się liczyć. Podeszłam bliżej i spostrzegłam, że na ulicy bezwładnie leży pan około sześćdziesiątki. Nie wyglądał na pijanego. Tak czy siał, przemówiłam do niego:
– Proszę pana – szepnęłam. – Czy pan mnie słyszy? – powtórzyłam głośniej, ale nieznajomy mi nie odpowiedział, nie zareagował także na lekkie szarpnięcie za ramię, a ja zaniepokoiłam się nie na żarty.
– Proszę się nie przejmować , to pewnie jakiś pijak – powiedziała starsza kobieta.
– Nawet jeżeli tak, nie warto mu pomóc? – zmroziłam ją wzrokiem.
Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, zadzwoniłam po pogotowie. Facet nie wyglądał na pijanego, nie czuć było od niego alkoholu, za to przelewał mi się przez ręce nieprzytomny. Na szczęście wyczuwałam tętno, więc nie było beznadziejnie. Oczywiście, skoro ja już zainteresowałam się losem nieznajomego, wokół nas utworzyła się grupka gapiów. Słyszałam mnóstwo szeptów i komentarzy, od współczujących, po oceniające. Już wiedziałam, o czym mówił Staszek...
Po wezwaniu pogotowia, ułożyłam faceta w pozycji bocznej bezpiecznej, dziękując w duchu mężowi, że kazał mi zrobić kurs pierwszej pomocy. Nadal próbowałam nawiązać z leżącym kontakt. Niestety, bezskutecznie. Nie da się opisać ulgi, jaką poczułam, gdy zobaczyłam karetkę. Ratownicy sprawnie zajęli się mężczyzną, stwierdzili, że świetnie się spisałam i zabrali go do ambulansu.
– Ale co z nim będzie? – zaczepiłam chłopaka z załogi karetki.
– Nie wiem. Myślę, że się z tego wyliże.
– Czy mogę jechać z nim? – zapytałam pod wpływem impulsu.
– Wykluczone – usłyszałam.
– To może chociaż zadzwonię zapytać, jak się czuje?
– Przykro mi, ale nie jest pani z rodziny, może mieć pani problem z uzyskaniem informacji o stanie jego zdrowia – dodał.
– To co ja mogę zrobić? – spytałam błagalnie.
– Proszę mi dać swój numer telefonu, dam pani znać, co i jak, ale bez szczegółów – zastrzegł.
Karetka odjechała, a ja nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Cały czas myślałam o nieznajomym i o tym, czy wróci do zdrowia. Chwilami zadręczałam się, że mogłam zrobić coś więcej.
– Mamo, przecież nie jesteś lekarzem. Podziwiam cię, jesteś bardzo dzielna, zrobiłaś dla tego człowieka wszystko, co mogłaś – powiedziała wieczorem Marta, gdy opowiedziałam jej o dzisiejszym zdarzeniu.
Przytaknęłam, choć nadal miałam wątpliwości. W zasadzie nie bardzo mogłam skupić się na rozmowie. Niecierpliwie czekałam na telefon od ratownika. Zadzwonił następnego dnia.
– Pani Maria? – usłyszałam.
– Tak, słucham – odparłam.
– Tu Bartek, ratownik medyczny. Dzwonię powiedzieć, że wszystko pod kontrolą. Pan Olaf czuje się już lepiej, choć gdyby nie pani interwencja, nie wiadomo, jak by się to skończyło. Pacjent usilnie dopytuje się o panią. Czy mogę mu podać pani numer telefonu? – zapytał pan Bartek, a ja się zgodziłam.
Minęło kilka dni, gdy znów zadzwonił telefon.
– Halo, czy to pani Maria? – usłyszałam ciepły męski głos.
– Tak, w czym mogę pomóc?
– Już pani pomogła. Z tej strony Olaf, uratowała mi pani życie. Czy moglibyśmy się spotkać, abym mógł pani podziękować osobiście?
– Naprawdę nie ma o czym mówić – bąknęłam.
– Nalegam, jestem już w lepszej formie. Proszę dać się zaprosić na kolację – powiedział tak ujmująco, że się zgodziłam.
Gdy pojawiłam się w umówionej restauracji, prawie go nie poznałam. Przystojny mężczyzna w sile wieku uśmiechał się do mnie ciepło.
– Chciałem jeszcze raz podziękować za ratunek. Gdyby nie pani, mogłoby się to dla mnie gorzej skończyć – powiedział, wręczając mi piękny bukiet kwiatów, a ja zarumieniłam się jak pensjonarka.
– Naprawdę nie ma o czym mówić, każdy zrobiłby to samo – stwierdziłam.
– Oboje wiemy, że nie każdy – spojrzał na mnie uważnie. – Wiele osób myślało, że jestem pijany, a to była sprawka cukrzycy, z którą zmagam się od lat. Tylko pani zainteresowała się moim losem. Czy wie pani, że cały czas ją słyszałem? Pani głos sprawił, że nie straciłem kontaktu ze światem – powiedział, a ja w duchu po raz kolejny podziękowałam Bogu, że nie dotknął mnie znieczulicą, inaczej tego mężczyzny mogłoby dzisiaj tu ze mną nie być.