"Mój mąż zaczął świetnie zarabiać. Byłam w szoku, gdy wyszło na jaw, czym się zajmuje"
Gdy poszłam do nocnego klubu, w którym pracował mój mąż, dotarło do mnie, w jaki sposób zarabia.
Fot. 123RF

"Mój mąż zaczął świetnie zarabiać. Byłam w szoku, gdy wyszło na jaw, czym się zajmuje"

"Robert mówił, że pracuje w nocnym klubie w centrum miasta. Wychodził z domu wieczorami i wracał nad ranem, ale za to świetnie zarabiał. Pewnego wieczoru postanowiłam zrobić mu niespodziankę i odwiedzić go w pracy. Wtedy odkryłam, co naprawdę robi... " Ewa, 40 lat

Roberta poślubiłam bardziej za namową mamy niż z miłości. Kiedy się pojawił, chodziłam z Grześkiem, chłopakiem z sąsiedztwa. Jednak matka, która nie darzyła go zbyt wielką sympatią, namawiała mnie, żebym zaczęła spotykać się z Robertem.

Zaradny, z poczuciem humoru

– Ewuniu, męża wybiera się raz na całe życie i trzeba patrzeć na wszystko. Grzesiek to dobry chłopak, ale... nie jest najlepszym materiałem na męża. Już teraz przy nim ziewasz. Zastanów się, co będzie potem? A przy Robercie, przyznaj sama, trudno się nudzić. Tryska humorem, jest zaradny i zawód ma dobry, biedy przy nim nie zaznasz. Najprawdopodobniej nie kochałam dostatecznie ani jednego, ani drugiego. Uległam więc matce.
Po ślubie Robert trochę zawiódł nas obie. Owszem, był przystojny, wygadany też, ale nie mogłam go nazwać domatorem, a już na pewno nie człowiekiem pracowitym. Był natomiast mistrzem w zmienianiu zawodów. Umiał się tak zakręcić, że zawsze znajdował sobie jakąś pracę. Co prawda na krótko, ale jednak.
Najpierw był ajentem firmy ubezpieczeniowej, potem prowadził sklep wędkarski, w końcu przekwalifikował się na taksówkarza. Mimo że szło mu nieźle, wciąż nie był zadowolony.

Interes ze stołami bilardowymi

Wreszcie dwa lata temu kupił stoły bilardowe i wstawił je do nocnych lokali w centrum miasta.
– Zamierzasz żyć ze stołów bilardowych? – pytałam zmartwiona. Chciałam, żeby zajął się poważną pracą. Jego nowy pomysł dziwnie mi się nie podobał. Raz, że to hazard, dwa, że całe noce byłam z dziećmi sama. Robert wychodził wieczorami, wracał nad ranem i spał do południa. Czułam się, jakbym żyła ze stróżem nocnym. Pewnego dnia wręczył mi pokaźny plik stuzłotowych banknotów.
– Wystarczy na czynsz? – rzucił. Przeliczyłam i zdębiałam. To była równowartość rocznej pensji moich rodziców!
– To z tych dwu stołów? – spytałam.
– Już z czterech – wyjaśnił. – Nie mówiłem ci wcześniej, bo nie wiedziałem, czy interes wypali. Ale udało się i nie musisz już się o nic troszczyć! Ucieszyłam się, że nie będę musiała żyć dłużej z ołówkiem w ręku. A on zapewnił mnie, że będzie jeszcze lepiej. I było.
Robert przynosił do domu coraz więcej pieniędzy. Po pół roku odłożyłam tyle, że mogłam odnowić mieszkanie, zmienić meble, ubrać siebie, dzieci i samego Roberta.
– Wiesz chociaż, gdzie on ma te stoły? – zagadnęła przyjaciółka.
– Z tego, co opowiadał, to w kilku knajpach w centrum.
– Na twoim miejscu zrobiłabym mu kiedyś niespodziankę. Co ci zależy? Możesz któregoś wieczora wystroić się i wpaść do niego, niby przypadkiem. Potańczycie, zjecie kolację, zobaczysz, jak się ucieszy!
Nie wiem, dlaczego wcześniej nie wpadłam na ten pomysł. Hania nie tylko podpowiedziała mi, co mam zrobić, lecz zaoferowała swoje towarzystwo. Samej byłoby mi głupio kręcić się po lokalach.
– Tylko Robertowi ani słowa! Jak niespodzianka, to niespodzianka – zastrzegła.
Nie zamierzałam psuć zabawy, ale przy spóźnionym obiedzie próbowałam bardzo delikatnie podpytać męża, gdzie tej nocy będzie urzędował.
– Tam, gdzie mam interes, i gdzie muszę! O co ci, do jasnej cholery, chodzi? Darowałam sobie szczegóły.

Nocna wyprawa do Roberta

Wieczorem pojawiła się Hanka. Muszę przyznać, że choć młodsza o osiem lat, nie wyglądała lepiej ode mnie.
– Figurę, Ewka, to ty masz lepszą, niż myślałam – stwierdziła z uznaniem. – Świetnie ci w tych spodniach. Szkoda cię na pitraszenie obiadków.
Po takich komplementach nabrałam pewności siebie. Nie mogłam się doczekać, kiedy padnę w ramiona zdziwionego męża. Jednak już w pierwszym lokalu ogarnęły mnie wątpliwości. Knajpa była zapchana tańczącą młodzieżą.
– Zostajemy? – wrzasnęła Hania. – Nie. Tu nie ma żadnych stołów! Pewnie się pomyliłam, zjeżdżamy! – krzyknęłam W kolejnej – sytuacja się powtórzyła, choć towarzystwo było trochę starsze.
– Warto zostać – zauważyła Hania i zaczęła podrygiwać w rytm melodii. Spojrzałam na przyjaciółkę z politowaniem i postanowiłam działać samodzielnie. Od szatniarza dowiedziałam się, że stoły bilardowe zniknęły z knajpy rok temu. Ściągnęłam Hankę z parkietu i powiedziałam jej o swoich obawach.
– Została nam jeszcze jedna knajpa. Nie panikuj! – uspokoiła mnie.

Szokujące odkrycie

Ostatni lokal był elegancki. Do tańca przygrywała orkiestra, po sali chodzili kelnerzy w smokingach. Hania od wejścia pociągnęła mnie w kierunku stołków barowych, gdzie siedziały już dwie dość skąpo odziane kobiety.
– Coraz dziwniej to wygląda! – mruknęłam do przyjaciółki. – I coś wyraźnie nie gra z tymi stołami bilardowymi...
– E, zaraz nie gra! Robert to człowiek interesu. Wczoraj je miał tu, jutro przeniesie gdzie indziej, normalka – stwierdziła. Po czym z miną stałej bywalczyni zamówiła dwa koktajle.
– Nowe? – spytała jedna z siedzących obok kobiet.
– Nowe – przytaknęłam, bo długim, lakierowanym paznokciem wskazywała na moje udo. A że na nogach miałam nowe spodnie, czyli powiedziałam prawdę.
– Kto jest waszym patronem? – nie dawała za wygraną kobieta. Byłam zdziwiona tym pytaniem, ale Hanka podchwyciła rozmowę.
– Szukamy Roberta, właściciela stołów bilardowych. Znacie go może?
– Aż tak źle trafiłyście?! To najgorszy drań w branży – wyjaśniła blondyna.
– Pytam o faceta od bilardu! – upierała się przy swoim Hania.
– Ech, jakaś ty naiwna! Tak się mówi, dla zmyłki. Wysoki blondyn, w markowych ciuchach, to ten bilardzista, tak? Przytaknęłam. Dopiłam koktajl jednym haustem, bo w ustach poczułam suchość. Po chwili odezwała się i druga dziewczyna, niewysoka szatynka.
– Fatalny wybór. Oszukuje swoje dziewczyny. A i przyłożyć też potrafi. Zresztą, u nas jest zasada, że o patronach za dużo się nie gada – dodała.
Zeskoczyłam z wysokiego stołka.
– Wracam do domu, Haniu!
– Nie chcesz spotkać się oko w oko ze swoim patronem? – spytała poważnie.
– Nie. Muszę z nim porozmawiać sam na sam – powiedziałam słabym głosem.

Faceci nie są na całe życie

Czułam się naprawdę fatalnie. W końcu przez dłuższy czas również czerpałam korzyści z cudzego nierządu. Nie wiedziałam o tym, ale czy to coś zmienia? Nad ranem, gdy mąż wrócił do domu, postawiłam sprawę jasno. Nie krzyczałam, nie awanturowałam się. Spokojnie wyjaśniłam mu tylko, że dla takiego drania jak on nie ma już miejsca w moim życiu.
Na początku próbował wyprzeć się wszystkiego. Potem błagał mnie o przebaczenie. Przepraszał, obiecywał, że się zmieni. Zapewniał o swojej miłości i przywiązaniu do mnie i dzieci. Ja jednak byłam nieugięta. Zażądałam rozwodu. Pytał, jak zamierzam utrzymać siebie i dzieci. Powiedziałam, że z uczciwej pracy.
Od naszego rozstania minęło kilka lat. Zatrudniłam się w osiedlowym sklepie. Nie jest mi lekko, ale daję radę. Bardzo pomaga mi mama. Czego się nauczyłam? Że, wbrew temu, co mówiła mama, faceci nie są na całe życie. I w związku z tym trudno wiązać z nimi jakiekolwiek plany. Trzeba liczyć na siebie. Zresztą, mama wspomniała, że widziała ostatnio Roberta. Wrak człowieka. Podobno mafia ściga go za jakieś długi... Na szczęście ja nie mam z tym już nic wspólnego.

 

Czytaj więcej