"Nie wiedzieć czemu Julian ubzdurał sobie, iż ze mną zbuduje swoje szczęście. Romansów nie unikałam. Były intensywne, ale krótkie. Nie szukałam miłości, tylko przyjemności. Bez kwiatów, długich zalotów, udawania niedostępnej, zabaw w przyciąganie i odpychanie. Za stara na to byłam. I na tyle mądra, by wiedzieć, że Julian nie nadawał się na przygodę. W odróżnieniu ode mnie szukał czegoś trwałego..." Karina, 45 lat
Na urodziny Julian wręczył mi ogromny bukiet z czterdziestu pięciu róż.
– Piękne kwiaty dla pięknej kobiety – powiedział szarmancko, a mnie aż w żołądku ścisnęło z zażenowania.
Niby powinno mi pochlebiać, że ktoś mnie adoruje, ale czułam się głównie skrępowana. W końcu Julian był teściem mojego syna, poza tym nie był w moim typie.
To historia jak w brazylijskiej telenoweli
Jak doszło to jej sytuacji? Przez Jolantę, byłą żonę Juliana, która postanowiła przyjść na wesele córki z facetem, dla którego rzuciła męża. Wstrząsnęło to Julianem. Angelika też się mocno zdenerwowała. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, iż kochanek matki był wcześniej chłopakiem Angeliki. Jakaś meksykańska telenowela normalnie. Rozwód był ciężki, ponoć walczyli o każdą łyżkę. Kiedy poznałam go na przyjęciu zaręczynowym, nie mogłam uwierzyć, że ten wymizerowany, szpakowaty facet rok temu nie miał ani jednego siwego włosa. W takich chwilach naprawdę cieszyłam się ze swego samotnego macierzyństwa. Lekko mi nie było, ale nauczyłam się radzić sobie sama.
Przygotowania do ślubu córki postawiły Juliana do pionu. Odzyskał wigor, gdy wspólnie z dziećmi wybieraliśmy lokal, stroje, menu, wzór zawiadomień... Aż tu nagle bomba. Jolanta odesłała zaproszenie z dopiskiem, że powinno być na dwie osoby. Co za brak wstydu. Zadzwoniłam do niej i ostrzegłam, że jeżeli przyjdzie z kimś, kogo nie chcemy widzieć, to jej nie wpuszczę.
Nie uwierzyła.
Do kościoła przyszła wystrojona i nie sama. Miała choć tyle taktu, by usiąść z tyłu. Ale siedząc w ławce obok Juliana, widziałam, jak warzy mu się humor. Był blady, rozkojarzony, wciąż oglądał się za siebie... Wzięłam go za rękę i uścisnęłam mocno, bo drżała.
– Tam patrz, na ołtarz – szepnęłam. – Na nasze dzieci. Nie pozwól, by ktoś odebrał ci tę wspaniałą chwilę.
Spojrzał na mnie z wdzięcznością, po czym splótł swoje palce z moimi i tak przesiedział do końca uroczystości. Nie obejrzał się już ani razu, a gdy uronił łzę, bez wątpienia była to łza wzruszenia.
Spokój nie trwał długo. Jolka przybyła do domu weselnego, ciągnąc za sobą nieproszonego gacha.
Na szczęście nie straciłam zimnej krwi
Mieliśmy trochę czasu na załatwienie sprawy. Dzieci pojechały do fotografa, a my czekaliśmy z Julianem oraz resztą gości, by powitać ich na progu chlebem i solą, jak nakazywała tradycja. W kwestii postępowania z upartymi byłymi żonami rytuał milczał. Julian na widok Jolanty nie schował się w łazience, co policzę mu na plus. Niemniej stanął krok za mną. Jego bezradność na poły mnie drażniła, na poły rozczulała. W interesach ponoć był orłem. A tutaj… Nie twierdzę, że miał dać rywalowi w zęby, ale coś mógłby zrobić. Niestety, na rozwód wyczerpał chyba cały zapas waleczności. Jolanta to wyczuła i patrzyła na nas wyzywająco. A jej towarzysz spytał mnie, jako gospodynię przyjęcia, „gdzie mogą się z Jolusią usadzić”.
– Byle dalej ode mnie – mruknęłam, nie kryjąc niechęci.
Cichy chichot Juliana sprawił mi nie mniejszą przyjemność niż urażona mina Jolusi. Reszta gości przysłuchiwała się akcji z zapartym tchem.
– Julian, pozwolisz, aby mnie obrażano na ślubie naszej córki? Myślałam, że masz klasę.
– No... – bąknął, garbiąc się lekko.
– Widać za małą, sądząc po tym, z kim się ożenił – zripostowałam, biorąc Juliana pod ramię.
Od razu się wyprostował.
– Jestem matką panny młodej! – przypomniała sobie Jolka. – Mam prawo tutaj być!
– To kwestia dyskusyjna. Niemniej przypominam, że zaproszenie było jednoosobowe. To dzień nowożeńców, ich święto. Nie pozwolę, by cokolwiek im go zepsuło. Zwłaszcza przykre myśli o zdradach i rozwodach...
– Wypraszam sobie! – obruszyła się Jolanta. – Jeśli dalej tak ma to wyglądać, to wychodzę – zagroziła.
Sądziła, że się zmartwię? Naiwna.
– Tam są drzwi.
W ten oto sposób pozbyłam się smoka. Dwugłowego. Para młoda ledwie zarejestrowała brak Jolanty. Wystarczyła im informacja, że nie mogła zostać i przeprasza. Niestety, w zamian za swoją dzielną postawę, zyskałam podziw i dozgonną wdzięczność Juliana, która szybko zaczęła się przeradzać w coś więcej...
To nie był facet dla mnie
Najwyraźniej zadział mechanizm, kiedy to wyratowany zakochuje się w wybawcy. Owszem, lubiłam Julka, fizycznie też mi się podobał, ale to nie był facet dla mnie. Po przejściach, upokorzony, spragniony opieki i troski silnej zdecydowanej kobiety. Pasowałam do tego wzorca, ale nasz ewentualny związek nie miałby szans. Julian budził we mnie uczucia, które określiłabym jako matczyne. A ja nie nadawałam się na niańkę. Wystarczy, że syna wychowałam na porządnego człowieka. Aż za porządnego, bo prawił mi czasem kazania, jakbyśmy zamienili się rolami. Cóż, romansów nie unikałam. Były intensywne, ale krótkie. Nie szukałam miłości, tylko przyjemności. Bez kwiatów, długich zalotów, udawania niedostępnej, zabaw w przyciąganie i odpychanie. Za stara na to byłam. I na tyle mądra, by wiedzieć, że Julian nie nadawał się na przygodę. Szukał czegoś trwałego i, nie wiedzieć czemu, ubzdurał sobie, iż ze mną zbuduje swoje szczęście.
Był romantyczny, uroczy i hojny
Po moich urodzinach rozkręcił się na dobre, na domiar złego mając wsparcie i błogosławieństwo naszych dzieci. Prawił mi komplementy, zapraszał na randki, do teatru, opery, fundował kolacje w najlepszych knajpach w mieście, raz nawet zabrał mnie na... nocną przejażdżkę dorożką! Był romantyczny, uroczy i hojny. Sporo pieniędzy na mnie wydawał, a ja się zgadzałam, bo… przecież niezręcznie odmówić teściowi własnego syna. Wciąż sobie obiecywałam, że jutro się z nim po męsku rozmówię i wyjaśnię, że nie pasujemy do sobie, a jak zaczniemy i nam nie wyjdzie, co pewne, tyko kłopotu dzieciakom narobimy. Ale wycofywałam się w ostatniej chwili, nie chcąc zranić jego uczuć, i robiło się coraz poważniej.
Choć nie w sensie fizycznym, co dodatkowo mnie drażniło. Jestem kobietą i nie muszę być konsekwentna, a ta jego staroświecka wstrzemięźliwość była okropnie frustrująca. Nigdy nie posunął się dalej niż do trzymania mnie za rękę czy całowania wnętrza dłoni. Bardzo intymny gest, budzący chęć na więcej... Jednak nadgarstek stanowił dla Juliana nieprzekraczalną granicę. Na co on czekał? Na specjalne zaproszenie? Mówiłam, nie mój typ. Gdybyśmy skonsumowali znajomość, odczarowali magię trawiącej nas namiętności – bo miałam nadzieję, że i on się męczy – pewnie łatwiej byłoby mi go grzecznie zbyć. Zakazany owoc kusi, zdobyty się nudzi. Hmm, może dlatego wolał poczekać? Czyżby Julian okazał się bardziej sprytnym graczem, niż sądziłam? Co robić? Poddać się, walczyć, uciec? Pogubiłam się w tym wszystkim, a najbardziej we własnych uczuciach. Syna ani synowej nie mogłam spytać o radę, bo zagorzale kibicowali Julianowi.
Nie chciałam robić dramy...
Zwróciłam się więc do Krystyny, która była moją przyjaciółką, a z zawodu psychiatrą. A ona co? Popukała się w czoło.
– Wolny, niebrzydki, z własną firmą, dżentelmen, daje prezenty, prawi komplementy i umie trzymać żądze na wodzy? – upewniała się.
Potaknęłam z ponurą miną.
– I dzieci są za?
Znowu potwierdziłam.
– A na randkach się nie nudzisz, macie o czym gadać?
Czułam, że od ciągłego potakiwania zaraz mi głowa odpadnie.
– To bierz go, zanim ci któraś go ukradnie. Nie pojmuję, czemu wybrzydzasz. Czego mu brakuje? Ma jakieś tajemnicze wady, poza byłą żoną? Bo nie rozumiem, a znam się na odchyłach.
– Jest teściem mojego syna! To mało? Jak nam nie wyjdzie, co wtedy? Dzieci się podzielą, każde stanie po stronie swojego rodzica i drama gotowa. Albo oboje poprą jego i...
– I zostaniesz sama. Ale przecież to uwielbiasz – zakpiła Krysia. – Swoją niezależność, samowystarczalność. A może nie? Może odrzucasz Juliana ze strachu? Choć sama go wybrałaś.
– Ja?!
– A kto przepłoszył tę całą Jolkę? Pogoniłaś babę, aż się kurzyło. Przypominam, też tam byłam i widziałam całą akcję. Walczyłaś jak lwica o swoje młode. Tyle że potem nie tańczyłaś z Julianem jak matka z synem. Istne dirty dancing. Więc nie oszukaj samej siebie, że do siebie nie pasujecie, że nic z tego nie będzie, bo budzi w tobie wyłącznie macierzyńskie uczucia. Bzdura, dawno nie widziałam lepiej dobranej pary. Nie zmarnuj szansy ze strachu.
– Serio tak uważasz?
– Serio.
Skoro tak mówiła moja najlepsza przyjaciółka, na dokładkę psychiatra, chyba muszę się nią zgodzić...