"Przekonałam się, że z seksem jest jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina...!"
Fot. 123 RF

"Przekonałam się, że z seksem jest jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina...!"

"Kiedy Artur zaprosił mnie na kolację ze śniadaniem, wpadłam w panikę. Przecież ja jestem stara! I nie robiłam tego od wieków! Po namyśle zgodziłam się jednak. Co więcej, poszłam do sklepu z piękną bielizną, bo  nie mogłam przecież iść na rozbieraną randkę w barchanowych majtach! Przygotowałam się, ale tuż przed spotkaniem dopadła mnie wielka trema..."  Alina, 62 lata

No cóż, nie ma co ukrywać, że sprawy ciała zawsze przedkładałam nad sprawy ducha i jeśli coś dawało mi radość w życiu, to właśnie przyjemności płynące z fizycznej strony mojego ziemskiego jestestwa. Uwielbiałam to uczucie szczęścia i zmęczenia po pracy w polu albo długim biegu, kochałam delikatny dotyk traw na skórze, gdy zamiast pilnować krów na pastwisku, leżałam sobie na pobliskiej łące, i chłodną szorstkość krochmalonej przez moją mamę pościeli... A gdy pewnej czerwcowej nocy, tuż przed wyjazdem z rodzinnej wsi do szkoły pomaturalnej, odkryłam razem z Jaśkiem, synem sąsiadów, co może sobie dać dwoje ludzi, byłam stracona. Podwójnie, bo seks zawładnął moim życiem, zaś w połowie września okazało się, że... jestem w ciąży. Kto w tamtych czasach miał mi powiedzieć o antykoncepcji?

Małżeństwo było końcem fizycznej miłości

Rodzice na wieść, że zostaną dziadkami, nawet się ucieszyli. Zaraz ugadali się z sąsiadami, podzielili ziemię i wyprawili weselisko. Mnie i Jaśka nikt o zdanie nie pytał... Na szczęście nikt też nie oponował, gdy powiedziałam, że chcę skończyć szkołę, a mój mąż ze spokojem przyjął wiadomość, że zamiast pomagać mu na gospodarce, będę dojeżdżała do pracy w pobliskim mieście. Niestety, szybko okazało się, że codzienność nas przygniotła i skutecznie pozrywała wszystkie erotyczne nitki, które nas łączyły. Bo jak tu myśleć o uciechach cielesnych, kiedy trzeba iść do pracy, zająć się trójką dzieci i gospodarką? Ale lata mijały, dzieciaki dorastały i gdy już nic nie stało na przeszkodzie, żebyśmy wreszcie zaczęli żyć bardziej dla siebie, Jasiek odszedł. Szybko i, mam nadzieję, bezboleśnie, na zawał.

Gdy zostałam wdową, postanowiłam żyć po swojemu

Po pierwszym szoku, kiedy byłam pewna, że moje życie też się skończyło, pojawiła się refleksja. Bo się skończyło, ale to stare. Teraz przyszedł czas, by zbudować coś nowego, mojego. Na wsi nie trzymało mnie już nic. Nasze dzieci dawno rozjechały się po świecie i nie zamierzały wracać. Ja pracowałam w mieście. A i tak wszyscy uważali, że oszalałam, gdy sprzedawałam gospodarstwo. Nie słuchałam. Kupiłam sobie mieszkanie w mieście, a to, co mi jeszcze zostało ze sprzedaży, rozdzieliłam między dzieci. Nie miałam żadnych sprecyzowanych planów. Chciałam żyć. Po swojemu.
Na początku cieszyłam się wolnością. Nareszcie mogła pójść z koleżankami z pracy na kawę czy do kina. A w pewną wrześniową sobotę dałam się wyciągnąć na pływalnię.
– No co wy, gdzie taka stara baba jak ja będzie paradowała w stroju kąpielowym? – wzbraniałam się.
– Po pierwsze to godzina dla seniorów, więc będą sami młodzi duchem i zaawansowani wiekiem – roześmiała się Danusia. – Poza tym akurat ty nie masz się czego, moja droga, wstydzić! Niejedna młódka chciałaby mieć taką figurę – dodała Krysia.
Ostatecznie poszłam na ten basen. I nie żałowałam. Co prawda pływałam rozpaczliwie, ale dzięki samemu zanurzeniu się w ciepłej, falującej wodzie przypomniałam sobie o tym, że w ogóle mam ciało. I że może ono stać się źródłem przyjemności...

Na basenie przypomniałam sobie, że nadal jestem kobietą

– Alina zaraz nam się utopi! – śmiały się dziewczyny. A ja razem z nimi... Już nie pamiętam, kiedy się tak dobrze bawiłam.
– Nie umie pani pływać? Mogę pomóc – usłyszałam nagle gdzieś z boku.
Nad brzegiem basenu przyklęknął mężczyzna. Tak na oko w moim wieku, choć sylwetkę miał trzydziestolatka.
– Tak? Będzie mnie pan łowił? – zapytałam, nadal rozbawiona żartami koleżanek.
– Łowić? Czemu nie! – uśmiechnął się. – Ale chyba lepiej nauczyć pływać. Moglibyśmy spotkać się tutaj w następną sobotę...
„Co mi szkodzi?”, uznałam.
– No chyba w moim wieku nie muszę się już obawiać, że mnie zbałamuci – tłumaczyłam potem dziewczynom. Bo umówiłam się z Arturem na pierwszą lekcję pływania.
– A jeśli nawet, to tylko pozazdrościć – westchnęła teatralnie Danka i wszystkie ryknęłyśmy śmiechem. Nie powiem, pewnie gdyby był szpetny i odstręczający, nie rwałabym się tak do tej nauki. A tak łączyłam przyjemne z  pożytecznym. Przyjemnie było zanurzyć się w wodzie i  znowu poczuć, że panuję nad swoim ciałem. A jeszcze przyjemniej – spotkać się z Arturem. Pożytecznie – oczywiście nauczyć się pływać. W podzięce zaprosiłam go na kawę, potem na obiad, a potem...

Zaprosił mnie na kolację ze śniadaniem

– Czy dałabyś się porwać na randkę? – zapytał którejś soboty. – Taką z dobrą kolacją. A kto wie, może nawet ze śniadaniem... – Spojrzał mi w oczy. Nie wiem, co w nich zobaczył, ale ja w jego oczach ujrzałam obietnicę czegoś, o czym dawno zapomniałam. Tej niezwykłej, intymnej więzi między dwojgiem ludzi...
– Dałabym – odparłam. – O której?
Dopiero gdy ustaliliśmy szczegóły i wróciłam do domu, wpadłam w panikę.
– Przecież ja jestem stara! I nie robiłam tego od wieków! – zadzwoniłam do Danusi.
Z seksem jest jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina – roześmiała się perliście. – Tylko zrób to na własnych warunkach. Tak, jak zawsze marzyłaś... I pamiętaj, wiek to tylko numerki w peselu. Nadal jesteś kobietą. I to piękną!

Kupiłam sobie piękną bieliznę

Z przeświadczeniem, że jeszcze coś mi się od życia należy, wybrałam się do sklepu z bielizną w galerii handlowej. Bo jeśli o czymś marzyłam, to właśnie o odpowiedniej oprawie... Pewnym krokiem weszłam do środka i zaczęłam oglądać frymuśne cuda wiszące na delikatnych wieszaczkach.
– Pani czegoś szuka? – Nagle całkiem bezszelestnie zmaterializowała się obok mnie młoda ekspedientka.
– Tak. Szukam jakiejś seksownej bielizny – odparłam, oglądając bordowy staniczek z przepięknej koronki. Dziewczyna spojrzał na mnie zdumiona.
– Aaaa... To na prezent? – zapytała. Na jej twarzy rysował się ciężki proces myślowy.
– No w sumie na prezent... – uśmiechnęłam się do dziewczyny.
– Dla wnuczki? – podsunęła. – Na wieczór panieński? Chciałabym mieć taką bab...
– Nie, to dla mnie – przerwałam jej. Nie powiem, najpierw zrobiło mi się przykro. I pomyślałam, że chyba jednak jestem starą babą. Nie da się tego ukryć. I może faktycznie nie mam czego szukać w tym sklepie... Ale potem przypomniałam sobie słowa Danki. I wyprostowałam plecy.
– Wybieram się na randkę – rzuciłam. – To może być nawet ROZBIERANA randka... Chyba nie wyobrażasz sobie, dziecko drogie, że z tej okazji kupię barchanowe majty? – roześmiałam się. Dziewczyna spojrzał na mnie niepewnie, a potem... też zaczęła się śmiać.
– Przepraszam, ma pani świętą rację. Zaraz coś znajdziemy... Zaczęła wyciągać różne cuda i pół godziny później wychodziłam ze sklepu z pokaźnym pakunkiem.
– To... powodzenia! – rzuciła z uśmiechem na pożegnanie. Tym razem ja spojrzałam na nią zdziwiona.
– Nie dziękuję... – odparłam.

Najpierw dopadła mnie trema, ale potem było... cudownie!

Ale już w sobotę wieczorem przeklinałam swoje głupie pomysły. Bo dopadła mnie trema. Co gorsza, mieliśmy się spotkać u Artura w domu, bo to on szykował kolację. A wiadomo, człowiek zawsze czuje się pewniej na znajomym gruncie... Jeszcze w taksówce zastanawiałam się, czy nie zawrócić i nie wymówić się złym samopoczuciem. Ale wytrzymałam. Zapłaciłam taksówkarzowi i stanęłam przed drzwiami ładnego, choć niewielkiego domku. Policzyłam do dziesięciu, wzięłam głęboki wdech i... drzwi same się otworzyły.
– Długo jeszcze będziesz się zastanawiać? – roześmiał się Artur. – Jedzenie stygnie... Weszłam. I cóż... Nie pożałowałam. Ponieważ gospodarz okazał się nie tylko dobrym kucharzem, ale jeszcze lepszym kochankiem. Po pierwszym pocałunku zniknęło gdzieś skrępowanie. Nie musieliśmy się spieszyć. Powoli odkrywaliśmy swoje ciała, może i stare, może doświadczone, ale nadal czułe na dotyk i spragnione kontaktu...
– Było cudnie – powiedziałam z zachwytem, kiedy zmęczeni leżeliśmy obok siebie w wielkim łóżku, a moja piękna bielizna zaścielała podłogę sypialni.
– To prawda – odparł Artur.
I w zasadzie nie musieliśmy mówić nic więcej. Oboje wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej przygody.
 
 
 

Czytaj więcej