"Martyna była piękna jak... Marilyn Monroe. Czy to wystarczy, żeby być razem?"
Fot. 123RF

"Martyna była piękna jak... Marilyn Monroe. Czy to wystarczy, żeby być razem?"

"Muszę się przyznać, że moim ideałem kobiety zawsze była Marilyn Monroe, a Martyna bardzo mi ją przypominała. Na początku była małomówna, co dodawało jej uroku. Niestety, to, co brałem za nieśmiałość i spokojny charakter, w rzeczywistości było czymś zupełnie innym..."

Ta kobieta wyglądała po prostu jak z moich marzeń i snów. Uśmiechała się podobnie jak Marilyn Monroe, podobnie patrzyła spod długich rzęs, miała podobne gesty. Nawet jej imię podobnie się zaczynało... Zawróciła mi w głowie i już snułem marzenia o naszych wspólnych dzieciach. 

Była małomówna, cicha, spokojna

Bałem się, że taka wystrzałowa dziewczyna nie będzie chciała ze mną gadać, ale, o dziwo, zgodziła się ze mną umówić. Na pierwsze spotkanie szedłem z łomoczącym sercem. Bałem się, że Martyna mnie nie polubi albo że okaże się wulgarną dziewczyną, jakich teraz wiele. A jednak sprawiała wrażenie, że odpowiada jej moje towarzystwo. Była małomówna, cicha, spokojna. Wyraźnie wolała słuchać niż mówić. Ja na początku byłem skrępowany, wstydziłem się opowiadać o sobie, myślałem, że może moje wynurzenia nie będą dla niej interesujące. Ale ona wpatrywała się we mnie roziskrzonym wzrokiem, od czasu do czasu potakując moim słowom. Połechtało to moje męskie ego, od razu poczułem się lepiej.
‒ A ty? Czym się zajmujesz? ‒ zapytałem wreszcie. Martyna bardzo mi się spodobała, nawet jeszcze bardziej niż na tamtej imprezie u Krzyśka, i chciałem wiedzieć o niej wszystko. Wzruszyła ramionami.
‒ Pracuję w biurze ‒ powiedziała.
‒ Ach tak. I co, lubisz swoją pracę?
‒ Trudno powiedzieć. Raczej tak ‒ rzuciła tylko.
No cóż, spodobało mi się, że jest taka małomówna, że nie zaczyna każdego zdania od „ja”. Fajna, zrównoważona dziewczyna ‒ tak ją oceniłem. Kolejna randka była w kinie, a po spotkaniu Martyna musiała biec do domu, bo miała jakąś zaległą pilną pracę. Potem wybraliśmy się na spacer do ogrodu botanicznego, później do restauracji na romantyczną kolację. Po niej właśnie pocałowałem Martynę pierwszy raz. Oddała mi pocałunek żarliwie, zarzucając mi ręce na szyję. Ciśnienie od razu mi się podniosło, bo całować Martyna umiała wspaniale. Ale to nie tamtego dnia poszliśmy do łóżka, nie chciałem się spieszyć, naciskać, wolałem jeszcze poczekać.

Tyle szczęścia na raz!

No i kiedy wreszcie się nam przydarzył ten nasz pierwszy wspólny raz, w ogóle nie potwierdziły się moje niepokoje. Obawiałem się, że będzie jakoś niezręcznie, że może się nie dopasujemy, że zje nas trema. Ale nie. Było doskonale, a nasze ciała pasowały do siebie wprost idealnie. Oszołomiło mnie to wszystko. To, że trafiłem na kobietę piękną, namiętną, spokojną, zrównoważoną. Tyle szczęścia naraz! Zacząłem już planować romantyczne zaręczyny i rozglądać się za pierścionkiem, gdy uświadomiłem sobie, że ja w sumie... nie mam pojęcia, jaka biżuteria podoba się Martynie. Pierścionek z wielkim kamieniem czy raczej coś minimalistycznego? Rzadko nosiła biżuterię, ale pierścionek przecież miałaby na palcu cały czas... I czy wolałaby mieć romantyczne zaręczyny w jakiejś nastrojowej restauracji, czy może tradycyjny obiad u jej rodziców?... Dumałem, dumałem i nie mogłem nic wymyślić. W końcu kilka razy, gdy byliśmy na zakupach, wypytałem ją dyskretnie, które kolczyki jej się podobają, które bransoletki, pierścionki... Pokazywała mi, a mnie... rosła w gardle wielka gula. Bo pokazywała mi same potwornie drogie rzeczy z wielkimi, błyszczącymi kamieniami. Cóż, na żaden z jej wymarzonych pierścionków nie było mnie stać. Postanowiłem więc nieco odłożyć w czasie nasze zaręczyny...

Turcja w... Afryce

Tymczasem pomyślałem, że lato się kończy, a my nigdzie razem nie byliśmy.
‒ Może pojechalibyśmy gdzieś na urlop? Na przykład do Turcji, co ty na to? ‒ odezwałem się przy kolacji.
‒ O tak, to świetny pomysł, kochanie. Zawsze marzyłam, by pojechać do Afryki! ‒ uśmiechnęła się entuzjastycznie, a ja zmarszczyłem brwi.
‒ Afryki... ‒ powtórzyłem w zadumie. Ale nic nie powiedziałem. W końcu każdemu może się zdarzyć głupia geograficzna wpadka. Tylko nagle zacząłem się orientować, że Martyna, gdy już się odzywa, zalicza sporo takich wpadek. Wybraliśmy się do znajomych i rozmawialiśmy o polityce. Wiadomo, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, spieraliśmy się.
‒ Ale premier Morawiecki... ‒ zacząłem przekonywać znajomych do swojego zdania, gdy wtrąciła się Martyna.
‒ Morawiecki? No coś ty, kochanie, chyba Kaczyński! ‒ powiedziała wdzięcznie. I nie żartowała sobie. Popatrzyłem na nią szeroko otwartymi oczami. Jak mogła nie wiedzieć, kto jest premierem? Na szczęście moi znajomi taktownie zmienili temat. Innym razem poszliśmy do marketu na zakupy. Przy lodówce sięgnąłem po moje ulubione mleko w kartonie.
‒ Nie kupuj tego ‒ Martyna zmarszczyła nos.
‒ Co? Dlaczego? ‒ zdziwiłem się. ‒ Ono jest pasteryzowane ‒ rzuciła z wyraźnym wstrętem.
‒ No wiem, i co? ‒ dalej nie rozumiałem.
‒ No jak to! Pa‒ste‒ryzowane! ‒ wyrecytowała. ‒ Mleko z pasty! Rozumiesz? Sztuczne, z proszku!
Patrzyłem na nią oniemiały. To nie był żart. Ona naprawdę wierzyła w to, co mówi. Zaczęła do mnie docierać straszna prawda, choć jeszcze ją od siebie odsuwałem.

Zacząłem bić się z myślami

Ale tydzień później gościliśmy u mojej mamy. Wcześniej kilka razy wpadaliśmy do niej na chwilę, ale teraz to miało być całe wspólne popołudnie. Moja mama to taktowna, miła osoba, ale ta wizyta zamieniła się w koszmar. Martyna skrytykowała każde danie przygotowane przez mamę.
‒ Smakowało ci? ‒ zagadnęła mama Martynę po posiłku.
‒ Schabowy i kapusta ‒ westchnęła moja kobieta. ‒ Myślałam, że teraz już nikt tak nie je.
Zamarłem, ale pomyślałem, że może to dziwaczny wstęp do jakiegoś komplementu. Niestety. Martyna doprecyzowała, a mnie włosy zjeżyły się na głowie.
‒ Teraz to się chyba inne dania podaje ‒ ciągnęła, a mamie nerwowo drgały kąciki ust. ‒ Takie na przykład krewetki albo szuszi ‒ wymówiła nazwę dania niepoprawnie, ale za to z prawdziwą czcią.
‒ To może podam ciasto ‒ mama wstała.
‒ O! Tirimsu? ‒ ożywiła się Martyna.
‒ Niestety ‒ rzuciła sucho moja rodzicielka i posłała mi wymowne spojrzenie. ‒ Drożdżowe ze śliwkami.
Martyna napchała sobie twarz ciastem, wałkując temat tego nieszczęsnego tiramisu, którego nazwy także nie umiała wymówić, a mama milczała. Ja z kolei biłem się z myślami. To, co brałem za nieśmiałość i spokojny charakter, w rzeczywistości było czymś zupełnie innym...

Pusta jak cymbał

No, nie chciałbym nazwać tego głupotą, w końcu spędziłem z nią prawie rok życia, ale to chyba najodpowiedniejsze słowo. Ta dziewczyna była tak pusta jak cymbał! Jak mogłem wcześniej tego nie zauważyć? Byłem zaślepiony jej urodą, zauroczony, zakochany... Głupi! No, piękna była, piękna jak marzenie. I, cholera, co z tego? Wyobrażałem sobie nasze śliczne dzieci, dumając, że mogłyby odziedziczyć po Martynie urodę. A gdyby odziedziczyły po niej... intelekt czy też jego brak? Aż się wzdrygnąłem na tę myśl. No cóż. Najtaktowniej jak potrafiłem, powiedziałem Martynie, że jednak do siebie nie pasujemy.
‒ Tak myślałam ‒ pokiwała głową.
‒ Wiesz, ty jesteś Rakiem, a ja Lwem. Nie mogę budować związku z Rakiem ‒ westchnęła. Oniemiałem. A potem... ulżyło mi. Najwyraźniej nie złamałem jej serca, i dobrze. Teraz robię sobie przerwę od uczuciowych przygód. A kiedy znowu jakaś dziewczyna zawróci mi w głowie słodkim uśmiechem i ponętnym biustem, zaraz przepytam ją ze składu rządu i geografii Europy.

 

Czytaj więcej