Byłam akurat na urlopie, kiedy moja mama opowiedziała mi o swoich nowych sąsiadach, młodych ludziach po trzydziestce. Wynajęli mieszkanie naprzeciwko i byli podobno bardzo mili. Zapraszali mamę na kawę i ciasto, proponowali spacery... Kiedy opowiedziałam o tym mojemu, od razu nabrał podejrzeń. Wziął sprawy w swoje ręce i i po naszym powrocie od razu ich przemaglował...! Adela, 47 lat
Byliśmy z mężem i dziećmi na kilkudniowym wyjeździe, kiedy zadzwoniła moja mama. Miała już siedemdziesiąt dwa lata i coraz większe problemy ze zdrowiem, więc nigdy nie zwlekałam z odebraniem od niej telefonu.
– Cześć, mamusiu, wszystko dobrze? – spytałam od razu.
– Tak, tak! – odpowiedziała podekscytowanym głosem. – Mam nowych sąsiadów!
– O, ktoś się wprowadził pod piątkę? – zaciekawiłam się.
– Tak, bardzo miłe małżeństwo! – mówiła radośnie. – Spotkałam ich na klatce, przywitali się. Tacy kulturalni, wiesz, aż miło porozmawiać.
– Super! – ucieszyłam się. – Młodzi, starsi?
– Tacy po trzydziestce, ale niewiele – odpowiedziała. – Zaprosili mnie jutro na kawę i ciasto, wyobraź sobie!
– Naprawdę? – Zrobiłam wielkie oczy, chociaż mama nie mogła tego widzieć.
– Tak! Chyba pierwsi od czterdziestu lat, jak tu mieszkam. – W jej głosie słyszało się autentyczną radość.
– Po tej kawie koniecznie zadzwoń i wszystko mi opowiedz.
– Oczywiście, już nie mogę się doczekać!
Porozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, a potem mama się rozłączyła, a ja zreferowałam nowiny mężowi. Kiedy skończyłam, spojrzał na mnie spod byka.
– No co? – zapytałam.
– Dziwne to trochę, nie wydaje ci się?
– Dlaczego?
– Para po trzydziestce zaprasza, wybacz określenie, starszą, schorowaną panią po siedemdziesiątce na kawkę? – parsknął.
– Michał! Nie bądź niemiły. Może po prostu chcą mieć dobre relacje z sąsiadami?
– Jasne, a ja co tydzień latam na księżyc!
– Oj, daj spokój.
Mąż wzruszył ramionami i nic więcej nie dodał, ale mimo to udało mu się zasiać w mojej głowie ziarno wątpliwości. Nie no, na pewno przesadza, ludzie są z natury dobrzy i nie każdy musi od razu coś kombinować.
Następnego wieczoru mama zadzwoniła do mnie jeszcze bardziej rozświergotana. Ciasto było pyszne, młodzi sąsiedzi tacy mili. Rozmawiali o życiu, o tym, co było pięćdziesiąt lat temu, a czego nie ma dzisiaj, o tej całej rozwydrzonej młodzieży i o jej ulubionych serialach brazylijskich. Słuchałam potoku słów mamy i czułam coraz większe zdumienie. Przecież pół wieku temu ich nie było jeszcze na świecie… I kto po trzydziestce ogląda takie seriale? Dyskretnie starałam się wybadać mamę, czy nie są jacyś podejrzani, ale prawie na mnie fuknęła. Według niej byli cudowni i nawet zamierzali pójść z nią na spacer do parku. Co? Młodzi ludzie zabiorą ją do parku? Boże, w tym momencie zaczęłam myśleć, że może naprawdę coś jest nie tak. Głupio mi się zrobiło, że tak się do nich uprzedziłam, ale czy to nie było podejrzane?
Michał, słysząc moją relację, natychmiast wypalił, że pewnie chcą mamę naciągnąć na kasę. Jest samotna, potrzebuje kontaktu, łatwo da się omotać.
– Samotna? – Popatrzyłam na niego zdziwiona. – Przecież ma nas.
– Doprawdy? – sarknął. – Odwiedzasz ją raz w tygodniu, a we dwoje wpadamy do niej co drugi weekend… Cały tydzień siedzi sama, brakuje jej zainteresowania, ludzi, rozmów.
– Kurczę… – Zdałam sobie sprawę z tego, że mój mąż może mieć rację. – To co robimy?
– A co możemy? – Wzruszył ramionami. – Po powrocie pojedziemy do niej i poznamy tych cud sąsiadów.
– Czy ja zaniedbuję własną mamę? – zapytałam sama siebie, ale na tyle głośno, że Michał to usłyszał.
– Wszyscy trochę tak robimy… Mamy swoje życie, swoje sprawy.
– Nie podoba mi się to.
Mąż tylko mruknął coś pod nosem. Podsunął mi jeszcze pomysł, żeby dyskretnie podpytać mamę, czym oni się zajmują. Czy mają pracę, jaką itd. Michał miewał czasem tak dobre pomysły, że potrafił mnie nimi zaskoczyć.
W ostatni dzień naszego urlopu mama poinformowała mnie, że nowi sąsiedzi nie pracują.
– Jak to?! – Byłam w szoku.
– Och, kochanie, to tacy nieszczęśliwi ludzie – odpowiedziała współczująco. – Mieszkanie opłacają im teściowie, pani Beatka jest chora na bardzo rzadką chorobę, która wyklucza pracę, a pan Jacek się nią zajmuje – opowiadała. – Na szczęście pomagają im dobrzy ludzie, wiesz, te nowe zrzutki w internecie. I właśnie teściowie.
– Mamusiu, a ty jesteś pewna, że oni mówią prawdę?
– Córuś! Oczywiście! Pokój pani Beatki jest pełen leków, a ona czasem tak słabnie w trakcie rozmowy… – westchnęła. – Ech, to straszne! Ona musi uzbierać pieniądze na drogą operację w Stanach. Powoli im to idzie, ale nie poddają się.
– Mamo… – zaczęłam i zaraz urwałam. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.
– Wiem, córuś, wiem, że trzeba innym pomagać, a oni tacy mili – odpowiedziała. – Dałam im z emerytury tysiąc złotych, żeby dorzucili do tej operacji. Och, nie mogłam inaczej!
Po powrocie z wyjazdu natychmiast pojechaliśmy z Michałem do mamy. Po drodze kupiliśmy ciasto i zgodnie z sugestią męża obraliśmy taktykę grzeczności i uprzejmości. W końcu nie wiedzieliśmy, czy ci ludzie faktycznie nie mówią prawdy, a głupio byłoby wyskoczyć z oskarżeniami wobec kogoś, kto po prostu miał w życiu pecha. Poinformowaliśmy mamę, że bardzo chcemy poznać jej nowych sąsiadów, więc mama, cała szczęśliwa, zaprosiła ich na ciasto.
Kiedy przyszli, mój mąż zmierzył ich wzrokiem i spojrzał na mnie porozumiewawczo. Boże drogi, gołym okiem było widać, że to ludzie z problemami. Oboje mieli podkrążone oczy, byli wychudzeni, zmęczeni. Pomyślałam, że może rzeczywiście życie ich nie oszczędza, ale to, co zauważył mój mąż po uściśnięciu ręki pana Jacka, dosłownie mnie zmroziło.
– Popołudniowa wódeczka była?
– Słucham? – Pan Jacek spojrzał na niego spod byka.
– Ja też czasem po południu lubię sobie strzelić – dodał, a ja zbladłam.
– To… – Nowy sąsiad mamy zrobił się czerwony i zaczął się jąkać. – To leki.
– To pan też jest chory? – zaciekawił się mąż.
– Michałku! – wtrąciła się moja mama – Co ty wygadujesz?
– Nie czuje mama, że śmierdzi od nich wódą?
Boże, ja nic takiego nie poczułam i aż głupio mi się zrobiło, że mąż tak ostro do nich wyskoczył. Mama podeszła bliżej, ale rozłożyła ręce. Cóż, w jej wieku mniej czuły węch nie był niczym szczególnym.
– To jest pan chory czy nie? – ciągnął Michał.
Sąsiad odpowiedział, że tak, że źle się dziś czuje, więc wziął tabletki przeciwbólowe.
– Z tego, co wiem, przeciwbólówki nie mają w składzie alkoholu. – Mąż pozostał nieugięty.
– O co panu chodzi? – odezwała się wreszcie pani Beata, a że stała bliżej mnie, ja również poczułam alkohol. Od niej.
– Miło nam państwa poznać – stwierdził Michał. – Ale przez wzgląd na bezpieczeństwo mamy bardzo prosiłbym o pokazanie historii pani choroby. To chyba nie kłopot? – Spojrzał na sąsiadkę, a ta zdębiała.
Przyznam, że odebrało mi mowę. Mąż bywał bezpośredni, ale żeby aż tak?
– O co pan nas podejrzewa? – oburzyła się pani Beata. – Ależ proszę, proszę! Chętnie pokażę! Mam dokumentację w mieszkaniu, zapraszam! – podniosła głos.
– Beaciu, nie denerwuj się! – Moja mama stanęła w jej obronie. – Ja nie wiem, co go dzisiaj ugryzło, przepraszam.
– Mama nie przeprasza – odezwał się Michał. – A teraz chodźmy zobaczyć te dokumenty i jeśli się mylę, to ja państwa przeproszę – ciągnął, patrząc im prosto w oczy. – Sami państwo rozumieją, że musimy dbać o dobro naszej mamy.
Nowi sąsiedzi ruszyli do swojego mieszkania, a my za nimi. Po chwili byliśmy już w środku. Wnętrze na odległość śmierdziało alkoholem, tego nie dało się ukryć. Kobieta poszła do swojego pokoju i przyniosła dwie kartki papieru.
– To wszystko? – zdziwił się Michał, kiedy brał je do ręki.
– Tak, niech pan czyta! – odrzekła zdenerwowana.
Stanęłam obok męża i razem spojrzeliśmy na kartki. Na kilometr dało się rozpoznać ściemę!
– Zobacz, mamusiu – poprosiłam, żeby się przysunęła. – Żadnych pieczątek ze szpitali, podpis niby lekarza, ale bez numeru, adresu gabinetu. Kompletnie nic!
Michał zaczął czytać na głos, a w miarę jego kolejnych słów moja mama robiła się coraz bardziej blada. To nie brzmiało jak profesjonalne pismo medyczne. Stek bzdur i tyle.
– „Zaleca się operację w USA” – Michał przeczytał ostatnie zdanie i parsknął. – Jaja sobie robicie? – zwrócił się do nich ostro. – Macie jeszcze jakieś dowody, czy to już wszystko?
Pani Beata i pan Jacek zaczęli coś bełkotać, a moja mama kręciła głową z niesmakiem.
– Oszukaliście mnie! – Była załamana.
– Wzywam policję – zdecydowałam i sięgnęłam po telefon.
– Nie! Nie! Niech pani nie wzywa! My oddamy ten tysiąc złotych, to miał być… yyy… taki żart! – wypalił pan Jacek.
W tym momencie mój mąż się zagotował i gdyby nie moja szybka reakcja, to chybaby tego mężczyznę uderzył. Mama zaczęła płakać, atmosfera zrobiła się naprawdę straszna. Nie czekałam i zadzwoniłam na policję.
Ostatecznie nie odzyskaliśmy pieniędzy mamy, bo kiedy przyjechał radiowóz i funkcjonariusze zaczęli przesłuchanie, nowi sąsiedzi przyznali się, że wszystko już wydali – oczywiście na wódkę! Nie było żadnej choroby ani żadnej operacji, wszystko zmyślili.
Ta sytuacja wiele we mnie zmieniła, w Michale zresztą też. Gdyby nie ona, nasze kontakty z mamą pewnie pozostałyby na tym samym poziomie, co zawsze. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że ona naprawdę potrzebuje ludzi, uwagi i rozmów, nasze wizyty raz w tygodniu to za mało. Starsze osoby są bardzo ufne, gdy ktoś okazuje im nieco zainteresowania i serca – i właśnie to zrobili nowi sąsiedzi. Mama już po kilku dniach znajomości dała im pieniądze, a przecież gdybym widywała się z nią częściej, opowiadała o różnych zagrożeniach, które czyhają na seniorów, to może by do tego nie doszło? Teraz bywam u niej przynajmniej co drugi dzień. Kocham ją bardzo i za nic w świecie nie chciałabym, żeby przez moją nieuwagę ktoś zrobił jej krzywdę.